na przestrzeniach
wrzesień 17, 2009
szukam kotwicy w tej krainie ostrych szelestów
wypatruję skrzywionych cieni i czarnych świateł
w każdej nowej prawdzie – na przekór tym starymza światem nie ma nocy, jest lśnienie ulic próżni
zwiniętych węży o spękanej asfaltem skórze
żaden wiatr nie wieje na przestrzał, agonia powietrzaopowiem ci o szarości, o ciszy znękanej szumem
o wielokrotnych odbiciach złamanego nieba
o pustce, czułej metalicznym dotykiem kajdanopowiem ci o wierze – o słowie zimnym jak granit
własną baśń spod znaku potwora zza zasłony
o pasji lotu, która dumnie zniosła zdeptaniepoczuj chrzęst, usłysz wstrząs ziemi, gdy opada
kreśląc kręgi nieskończoności z każdym moim krokiem
jest wyrzutem. jestem wyrzutem mojego własnego sumieniasłuchasz mnie. pójdziesz za mną tą ścieżką – skrajem umysłu
zamkniesz oczy. zamknij oczy. zobacz lasy zesztywniałych ciał
zobacz migoczące pola, ty – wszyty srebrną nicią w miasta żywychoślepniesz splątany blaskami przeklętych pól niebieskich
ja zamilknę wreszcie. zostaniesz w mroku, jak ja bezsilny
wpatrzony ślepo w oczy boga, który już nas nie poznaje
uciec ukryć się
styczeń 24, 2009
za oknem jasno jest noc
za zasłoną siedzi szatan kiwa na mnie palcem
ma gładką twarz drewnianą jak jezus boleściwyza oknem szaro jest wiosnazimalatojesień
w nieregularnych przebłyskach
jest koronka zielonych zeschłych liści
drgasz drgasz widzę cię w wilgotnym powietrzu
wisisz na krawędzi dachówek
tłuczesz piórami przestrzeń pada śniegza czerwoną zasłoną siedzi szatan
rozciera skostniałe dłonie dziwny dźwięk takie szszsz
jego wzrok odbija się od szyby
skaczą iskryza oknem puchnie warstwa puchu miękko i ciepło
falujesz lina skrzypi
skrzypi wiatr skrzypią drzewa skrzypię ja
też na skraju podobna tobie
obejmę cię wisisz tak blisko
będę miła pocieszę…
szatanie szatanie co siedzisz na drodze
wtop się w podłogę, powstałam, odchodzęszatanie drewniany tak dobry mój miły
nie twoje są dłonie co mnie odmieniłynie twój jest zapach ciepłej zorzy poranka
nie twoje włosy włos skręcony barankato on, skrzydlaty co pióra na wietrze trwoni
pobiegnę boso po śniegu kto z was mnie dogoni?…
nocy tak jasna jak przestrzeń nade mną
dlaczego gdzie pójdę zamierasz-ciemno, jak ciemno
.znowu patetycznie i z nutą katastrofizmu
luty 25, 2008
w nicość się obrócimy chociaż rozkazano nam czekać na krańcach
wypatrywać zorzy skrzącej krawędzie czasu tak długo jak stoi jesion
ten który dzieli nas na wysokich świetlistych i małych ciemnych
a kiedy cienie pokaleczą dłonie a ciernie ścielić się za nami będą
nie zetkniemy palców nie zegniemy grzbietów – bo bez aureoli
zrodzeni zostaliśmy i nikt nam mgły nie utkał w pióra – szelesty
przebij mnie na wskroś gdy dotkniemy skraju godności skraju ugoru
zanim pogarda oślepi moje oczy a obojętność zamknie usta
dopóki niosę słowo – wspieraj, gdy zdradzę – strąć niżej niż światłoniż światło tak szare pyłem z twojej szaty którego nawet nie możemy dotknąć
bo niegodni – mówisz – my których kochasz marni marnością piachu
chociaż są w nas anioły jest i cisza wierna, jest boskość ponadponad nami i ponad tym czym się stajemy w urywkach słabości
bo nas zbawiłeś i potępiłeś, a potępiamy i zbawiamy się sami
i wiemy, że nikt nie jest warty pamiętania – nawet my
Obijam się
luty 14, 2008
Te parę dni mi chyba nie zaszkodzi, i tak nowy semestr się zaczyna. Fartem dopiero w poniedziałek, ale siedzę w Lublinie od środy. Potem nadrabianie godzin wf-u i bieganie po wpisy.
Zasadniczo to… sporo się stało, ale jakoś nigdy nie miałam okazji usiąść z miejsca do komputera i opisać wszystkiego. A szwung się już ulotnił.
Egzaminy wszystkie pozaliczane, bez poprawek. Czyli chyba ok. Domenę dzisiaj opłaciłam (ostatni możliwy termin, oczywiście) i – odhaczone. Ale kieszeń boli, oj boli. Tym bardziej, że strzeliłam sobie dziś najnowszego Pottera. Jak na razie strona 295. To zabawne, z własnych finansów zapłaciłam do tej pory tylko za dwa pierwsze tomy, a każdy następny otrzymywałam w prezencie. Żeby było ładnie, regularnie i klamrowo – ostatni kupiłam. Chociaż, prawdę mówiąc, głównie dlatego, że nie byłam w stanie znaleźć “Lodu” Dukaja. Rany, wyprzedane już czy co? Nie przesadzajmy.
Co trochę zabawne (a trochę nie), niedawno odkryłam ( a właściwie to moja szanowna rodzicielka) mniej więcej 25 siwych włosów. Żeby było jasne – na MOJEJ głowie. Kopara mi opadła. Ludzie, ile ja mam lat? Wiem, że to sie zdarza, ot, genetyka, ale u mnie w rodzince chyba jeszcze nikt przedwcześnie nie posiwiał. Szlag, nigdy nie miałam ambicji przefarbować się na platynowy blond – mam nadzieję, że aż tak owa siwizna nie będzie się rozprzestrzeniać. Chociaż, jest też jasna strona całej sprawy – nie muszę się już obawiać, że na starość będę miała nieładny żółtawy odcień siwych włosów. Będą srebrzystobiałe (pytanie, czy dopiero na starość).
Jestem zmęczona po “całopopołudniowym” bieganiu po mieście. Aczkolwiek przez weekend też siedzieć w domu na zamierzam, tym bardziej, że przyjeżdżają ktosie, które już dawno miały do Lublina zajrzeć. I te ktosie niech tylko spróbują się nie odezwać – konsekwencje będą straszliwe(;. Dobrze, ktosie?<;
Pierniczy mi się nagrywarka dvd. I ciągle nie mam czasu ( a tak serio – ochoty) by to dokładnie sprawdzić.
Przeraża mnie plan na nowy semestr. Kurczę, nie ma zupełnie co robić. Ja lubię się obijać, ale bez przesady. Chociaż, kiedy wejdę w styczność z logiką i semiotyką jakieś komplikacje mogą się pojawić.
Napisałam nowy tekst, jak zwykle po zabójczej przerwie. Problem polega na tym, że podoba mi się (w ograniczonym stopniu) tylko pierwsza strofa. Ale lepszy rydz niż nic…
Acha, i jeśli jeszcze raz jeszcze ktoś zacznie mnie nawracać na Linuxa, to zacznę strzelać.
Nie możemy czekać, odkładać na później – niczego
bo nie ma przeznaczenia ani w nas ani poza nami
nie wolno nam pełznąć wśród pyłu – nie wolno czasu strawić
na zakazane jęki i modlitwy – co nie zbawią od złegojeśli zerwiesz pióro gwiazdy, która na szubienicy nieba
wisi, płynie drogą mleczną, wznosi się i spada
spojrzy na ciebie – falująca rozczarowana pani – zdrada
i chociaż wzdycha to śpiewa – tak być musi, tak trzebajeśli nie masz w sobie dumy ostrej jak nici prządek
nie zranisz innych – ale tobie i tak przebiją gardło
jeśli masz – nie wykorzystasz, mozesz tylko pragnąć
topielcu jutrzejszego poranka – spłyniesz z prądembo skłoniłeś głowę i nadstawiłeś grzbiet giętki jak horyzont
przygniotło cię słońce, sparzył czerw i pozostał tylko trąd
Patetyczne to wyszło.
I czuję się stara.
odrastam na przekór
grudzień 11, 2007
poplątałeś mnie i moje włosy na amen
w poprzek poduszki w cieniu gipsowej ściany
zwinęłam się w skrzypiącą sprężynę – czas na zmiany
zanim zwiąże mnie i zdusi głos – ten zamęt
na brzegu dłoni za krawędzią ramienia
we mgle – oddech drzewa za szybą – dymne koła
przy mnie twój oddech – przy tobie smutna zmora
cień twój nie drga – trwa – nic się nie odmienia
jeśli byłeś tam ze mną w strumieniu szczerosrebrnym
gdzie naiwne romantyczne płuczą swoje suknie
ta na którą padnie wzrok twój – spłoszona umkniekażda głoska każdy dzwonek śmiechu każda wiolonczela
brzmiąca jękliwie we mnie tonem cichym odległym
miała swoje znaczenie – nie usłyszana – zamiera
…
Pochorowałam sobie, mam na głowie od groma i ciut ciut referatów, niedługo sesja – super, przez parę dni miałam genialny humor dziś poszedł robić ze sobą wiele ciekawych rzeczy, nowy ms office jest wpieniający, aczkolwiek chyba da się przyzwyczaić, właśnie skończyłam teksty na jutrzejszy język w zachowaniach społecznych, tęsknię za czymś i sama do końca nie wiem co i jak, muszę iść do biblioteki po wpis do indeksu, przydałoby się zacząć powtarzać testy na prawo jazdy w styczniu egzamin, dopadają mnie kompleksy i trzyma mnie ta cholerna jesienna depresja, kupiłam sobie o dwa tony za ciemny puder i nie wiem jakim cudem gdzie ja miałam oczy, jutro trzeba rano wstać chociaż ostatnio ciężko jak diabli, ten kaszel mnie męczy nadal, i napisałam pierwszy wiersz od dobrych trzech miesięcy
CHOLERA
La Maison Dieu
wrzesień 6, 2007
Kiedy nadejdzie ten dzień i rozkaz wymarszu
Wielu zostanie w miejscu – obrócą się w pył
Rozwiany na krańcu świata – czarne ostre skry
My wpatrzeni w łunę ruszymy w drogę – dalszą
Skręceni jak ornamenty filarów katedr
Splątani nieboskłonem skłonionym ku ziemi
Ogarnia nas zmierzch – dla nas sami straceni
Sączymy we własne uszy spowiedź – trujący szept
Gdy nadejdzie ten dzień i On wezwie – ruszymy
Na bezsilnych dłoniach kurz i rdza – złudy prysną
Staniemy wbici w horyzont – gorejące maszyny
Na skraju czasu nad przepaścią świetlistą
W poświacie płonących katedr – będzie nas mrowie
Zamilknie głos prowadzący do gwiazd – to wszystko.
Nie stanie się nic. Pustka. Aż zobaczymy czysto
że poginęliśmy na złe sami w sobie
gorzko. spadam w cholerę
lipiec 23, 2007
„Cesarz”
Nie jestem jednym z promieni w twojej aureoli
strąciłeś mnie z wysokości w bezkresy
za brak blasku w szczelinach twarzy
strąciłeś chociaż jutro czeka na mnie
a właściwie czekało do ostatniej chwili
teraz jestem kamieniem a burza obok
gdy spadam pieni się dookoła mych palców
rozczapierzonych chwytających okrawki powietrza
nie ty stworzysz mnie na nowo
w twojej mocy jedynie kolejne sny
widziadła i brak oddechu w płucach
wypełnionych spadaniem
w twojej mocy jedynie kolejna noc
jakbyś nie mógł znieść jasności jaśniejszej niż twojaz porankiem
znikasz
Właściwie to nic.
czerwiec 13, 2007
Ta notka też będzie zimna i bezpłciowa. Nie mam na nic czasu. Komputer okupuje praktycznie bez przerwy brat. Nie mam ochoty się wykłócać.
Rozpoczęłam kursy na prawo jazdy kategorii B. Nie bardzo pasują mi dni wykładów. A, i na jutro mam znać wszystkie znaki drogowe. Uhahaha. Koń by się uśmiał.
Zaczynam tęsknić do szkoły. Wtedy przynajmniej wiedziałam na czym stoję. A teraz? Nie mam zielonego pojęcia co ze sobą począć (głos z oddali: “Antychrysta!”) i snuję się w to i we wte. Roboty oczywiście jeszcze nie znalazłam. W moim miasteczku jest wiele naprawdę różnorodnych możliwości zatrudnienia dla dziewczyny nie będącej już uczennicą, a jeszcze – studentką. Hostessa odpada. Nie ma mowy, nie wystoję 5 godzin na obcasach z miłym uśmiechem. Są jeszcze wyjazdy do różnych hurtowni i supermarketów – tzw. “nocki”. To się rozważy – jak znajdę jeszcze parę osób chętnych. Inna ewentualność? Sprzedawczyni, ekspedientka. Na zasadzie praktyk. Płaca jak na zasiłku, w pełnym wymiarze godzin (8h), 5 lub 6 dni w tygodniu. Tutaj kolizja czasowa z kursem na prawo jazdy. Jeej… Przecierpiałabym nawet te praktyki, nawet w takich godzinach – ale nie w sklepie. Żeby było coś ciekawego, jakaś agencja PR or sth, żebym nie usypiała, a miała okazję się czegoś nauczyć. Bo o wybaczenie upraszam, ale czego ja się nauczę stojąc w odzieżowym? Obsługi kasy fiskalnej? Dziękuję bardzo, pół h (około) i umiem. I tyle w temacie. A co dalej?
Tia, czasem trzeba sobie pojęczeć. I tak to w sobie stale blokuję. Teraz mam 5 minut na wywody rozchwianej emocjonalnie nastolatki, która chciałaby, ale nie może – bo nie chce jej się dostatecznie. Obawiam się, że “ciekawa praca” to fantazja i utopia. Hm. I jeszcze zanim wyrobię sobie NIP, to będzie już po wakacjach (okres oczekiwania – jeden miesiąc). Bajecznie. A naprawdę chętnie bym się gdzieś zaczepiła.
Nieważne. Idę zajrzeć do tych cholernych znaków.
Cesarzowa
cesarzowa bezlistna – nie rozkwitła w obłędzie
delikatna pajęczyną, ostrooka jak jad
pajęczy – w ciszy siebie przędziejej berło i korona, u ramion zwiędłe pióra
u stóp kruk, co wyskrzeczał chore proroctwo i spadł
szklany zimny tron – szklana górajaką władzę ma władca gdy palce już przegniłe
kiedy duma wbrew sobie ulotna i miękka jak mgła
a czas tylko przejrzystym pyłemjaką władzę ma władca gdy – jesteś tylko kukłą
tkwisz we mnie na przestrzał i chociaż pojawiasz się w snach
to bezsilna po kres – jest smutno.
Bezksiężycowa
luty 10, 2007
chciałabym
napisać kiedyś taki wiersz o bezsenności
piekący jak oczy odrętwiałe nad ranem
stworzyć słowo lekkie ostre jak ból
chciałabym
utrwalić pragnienie bliskości
gdy mara senna o krok za daleko
a jej dłonie zaschnięte kartki papieru
chciałabym
nie słuchać wiatru który nie ma powiek
i też nie może zasnąć
kiedy ja trwam ściana światła
wiszę na granicy ciernie kolejna gwiazda
jasna blaskiem odbitym
wtopiona w podłogę
następna statua człowiek niedokończony
chciałabym opisać
niemożność tak cichą jak rozdarcie sufitu
na wskroś mnie
***
styczeń 9, 2007
to dość łatwe
otwierać usta w rytmie narzuconym z góry
mrugać co trzy sekundy nie częściej
prasować palcami każdą rysę na twarzy
zmazywać szminkę bo zbyt krzykliwa
i mówić
to ja tamta rozsądna poważna
szczera jak dłonie i mądra kamieniem
łatwo stawiać kroki po murze
nie patrząc w dół
łatwo splątywać mózg w gordyjskie węzły
a potem ciąć i zapominać
i patrzeć w oczy mówić nie ja
nie tobie kiedyś dawno nieprawda
nie liczy się nieważnełatwo zaprzeczyć
rozczarowanie nie boli nie było rozczarowaniachciałam być sobą tak długo jak byłam kimś innym