Kompilacja miesiąca
Kwiecień 25, 2008
* Ok, jestem już oficjalnie usankcjonowanym piratem drogowym. Jeszcze tylko odebrać papierek i można szaleć. Tylko czym. Kpina, samochodu nie mam i nie będę mieć w najbliższym czasie – bo po cholerę. Ot, kawałek plastiku jest mi potrzebny jedynie na przyszłość. I zawsze to jakiś plus przy poszukiwaniu pracy. Przynajmniej problem z głowy. Phhh, już drugi egzaminator mnie nawet pochwalił, że bardzo dobrze jeżdżę. I dopiero on mnie nie oblał. Boki zrywać. Chociaż poprzednim razem to tylko moja wina była i mojej bezmyślności. Zarąbałam na parę minut przed końcem, koleś kazał mi jechać na jakąś stację benzynową z nakazem skrętu. Przede mną jechał jakiś facet, który skręcił PRZED znakiem. A ja nie pomyślałam i pojechałam za nim. Ot, impuls, ale to już podpada pod niestosowanie się do znaków – i kaput. A ojciec powtarzał, żeby na innych idiotów uwagi nie zwracać.
* Na uczelni zaczyna się jazda – termin projektu na socjologię już jest, kolos z logiki był. Czas zapiernicza jak … jak… no dobra, nie mam na myśli żadnego niebanalnego porównania. W każdym razie, będę miała co robić w najbliższym okresie. Leń mnie dopadł i nie chce mi się wysuwać nosa z mieszkania na uczelnię. Ale trzeba, zmuszam się jakoś. Hell, nie mam na nic ochoty, nic mi się nie chce.
* Dochodzę do wniosku, że niezależność jest dla mnie stanem niezbędnym. Wpiszę się lub wyłamię z emowatego nurtu (bo niejasne to trochę) i stwierdzę, że mało zdolna do wyższych uczuć jestem. A w każdym razie tylko do wybranych (uczuć). Lub nie. Hm, niezła zagwozdka logiczna, szkoda że nie potrafię rozpisać tego na algorytm. Zresztą – emowatość to chyba nadwrażliwość? A czy emowate jest roztkliwianie się nad własną znieczulicą? Chyba też. Nevermind. A, już wiem. Jeśli jestem w stanie się roztkliwiać, to znaczy, że tak naprawdę jestem bardzo wrażliwa i ta bajka o braku wyższych uczuć jest – właśnie – bajką. Ale z drugiej strony, mogę takie zachowanie złożyć na karb zwykłej emocjonalnej niedojrzałości. Jak słodko i homantycznie.
* Taaaak, wkurzona dziś trochę jestem. Właściwie to od jakiegoś (krótkiego) czasu. Bo przez wcześniejszy (dłuższy) czas było mi całkiem nieźle. Pomimo posiadania pewnych cech osobowości androgynicznej – jestem cholera kobietą i mam prawo do wahań nastroju.
* Byłam na wycieczce (jeśli ktoś woli bardziej formalną nazwę – objazd naukowy) z ludźmi z mojego kierunku ( i roku). Lublin – Zamość – Guciów – Lublin. Hell ya. Nie było źle, nawet fajnie. Ot, okazja do wyluzowania. Nie zgubiłam się w Zamościu ( do tego trzeba by mieć talent – może w nowszej części nie byłoby to takie trudne, ale na starówce?). Najmilej wspominam wystawę w Arsenale – yaaaaay, ta broń. Człowiek nie wiedział gdzie patrzeć.
W Guciowie (swoisty skansen) też w sumie za ostro się nie wynudziłam. Chociaż całą radość z wycieczki przytłumiły (nazwijmy to po imieniu -przywaliły w łeb, zafundowały betonowe buciki i wrzuciły do jeziorka) przemowy oprowadzającego nas (właściciela? opiekuna?) po budynkach. Pan niestety chyba pierwszej trzeźwości nie był, no cóż, bywa. Do pewnego momentu mówił nawet ciekawie, i sporo interesujących elementów wyposażenia starego domu pokazał. Btw, siedzenie w kucki opierając się o leżący ścięty pień wcale NIE jest wygodne. Humoru nie poprawiała mi niesamowita wręcz gorycz wysłuchiwanych słów. Ów pan mówił momentami z sensem, ale ukrył to pod takim nawałem lamentów i uwielbienia dla idei powrotu do korzeni – tzn do tańców przy ognisku i zachowań pierwotnych. Naprawdę rozumiem zachwyt nad regionem – bo Roztocze JEST piękne. Rozumiem żal z powodu lekceważenia lokalnych cudów przyrody. Doceniam kolekcję minerałów i skamienielin – bardzo ciekawe. Ale kurczę, takie teksty tam czasem odchodziły… Może jestem nastawiona negatywnie z powodu lekko “podciętego” zachowania oprowadzającego, ot, to taka moja antypatia. Gryzły mnie zwierzenia o zakrapianych “zabawach” przy ognisku, o wyjazdach na zjazdy na których “i tydzień potrafił zabawić, to ostatnio żona go nie puściła”. Nie dziwię się żonie. Jestem zła i niedobra i w ogóle be, bo jadę teraz nie po jego pracy naukowej, ale po życiu osobistym. Cóż, ja wścibska nie byłam, usłyszałam to wszystko bez jakiejkolwiek zachęty. I mam święte prawo wyrobić sobie powierzchowne zdanie. Phhh. I wyjście do zwiedzających po paru głębszych uważam za olanie. Btw, córeczka właścicieli to słodki dzieciak. I może dlatego się tak rzucam, bo koleś przypomniał mi ojca w podobnym stanie – ten sam ton, sposób mówienia i gestykulacji, rozwlekły, nielogiczny, filozoficzny. Ot, człek na procentach. Nastawiło mnie to negatywnie, fakt.
Gospodarz zastrzelił mnie szczególnie wyznaniem dotyczącym tłumienia naturalnych instynktów. Chodzi o to, że gdy wybiera się o ciepłych porach roku do Lublina, to gdy widzi te wszystkie piękne, chętne, ubrane “no tak” młode kobiety, co co drugą by bez zastanowienia “pokrył”, gdyby nie ramy narzucone przez społeczeństwo. W tym momencie z całej siły starałam się spojrzeć na sytuację jako na znakomitą okazję do ćwiczenia zachowywania “kamiennej twarzy”. Sprawiał wrażenie, jakby wg niego wszyscy powinni zachowywać się pod tym względem jak ludzie pierwotni. No cóż, ja w tej sytuacji jestem z tych ograniczeń cywilizacyjnych całkiem zadowolona – jak zakładam bluzkę z dekoltem czy coś w tym stylu, to dlatego że chcę WYGLĄDAĆ, a nie że jestem “chętna”. Tylko tego mi by brakowało, niespodzianek na ulicy. Jak to w tym starym dowcipie – “czytam w twoim sercu jak w otwartej księdze” , “a czytaj sobie, czytaj, tylko nie dotykaj łapami okładki”.
W każdym razie – gdy nie zbaczał na tematy “filozoficzne”, to mówił całkiem ciekawie. A sama wystawa jest naprawdę warta polecenia. Nie miałam wcześniej pojęcia, że słomiane strzechy są aż tak wytrzymałe (i nie ma w tym ironii).
* Acha, Dragon 2008. O samym konwencie się nie wypowiem, bo rano w sobotę zawiozłam swój sprzęt do komputerówki (oczywiście po drodze zabłądziłam, no bo jakżeby inaczej) i się po krótkim czasie zmyłam, by wrócić dopiero następnego dnia wieczorem. Oczywiście na larpa. Tym razem w klimatach Triguna – planeta Gunsmoke. Ok, było bardzo fajnie. Ciekawy scenariusz, dobrze i zabawnie rozpisane role. Ludzie się wczuli, parę akcji zostanie w mojej pamięci na dłużej (“Człowiek-guma” wymiata). Przeżyć – nie przeżyłam, bo jeden gracz wysadził bar w którym toczyła się akcja larpa. Bardzo, ale to bardzo nie lubię podobnych numerów. Jest taka zabawna zasada, które nie powstała ot tak od czapy – graj i pozwól grać innym. Polecam niektórym trochę nad nią pomedytować.
* Ogólna konkluzja – ludzie to w większości banda sukinsynów. Dostałam na maila kolejny łańcuszek żerujący na czyimś prawdziwym nieszczęściu. Oczywiście razem z pełną bazą danych zawierającą adresy e-mail tych, przez których ta wiadomość się przewinęła. Nic, tylko siąść i spam rozsyłać.
* Lubię, kiedy moje otoczenie ma świadomość, że jak mówię “nie”, to znaczy “NIE”. Żadne “chyba” czy też “być może”. Zwyczajne “nie”.
* I tak, jestem wkurzona. To chyba widać. Ot, chwilowe zaburzenie dobrego nastroju. Przynajmniej pogoda jest piękna, to stanowczo na plus. Zaraz wracam trawić mój czas nad socjologią – to na minus. Mam trochę dobrej muzyki – plus. Nie potrafię niczego napisać – cholerny długi minus. Moje poczucie własnej wartości ma się nieźle – plus. Ale od czasu do czasu zdarza mu się leżeć i zdychać – minus.
Szlag, jakoś brak mi poczucia sensu w życiu. Ogółem – bilans ujemny. Tęsknię za jakimś punktem zaczepienia.
The Verve, Bitter Sweet Symphony
Obijam się
Luty 14, 2008
Te parę dni mi chyba nie zaszkodzi, i tak nowy semestr się zaczyna. Fartem dopiero w poniedziałek, ale siedzę w Lublinie od środy. Potem nadrabianie godzin wf-u i bieganie po wpisy.
Zasadniczo to… sporo się stało, ale jakoś nigdy nie miałam okazji usiąść z miejsca do komputera i opisać wszystkiego. A szwung się już ulotnił.
Egzaminy wszystkie pozaliczane, bez poprawek. Czyli chyba ok. Domenę dzisiaj opłaciłam (ostatni możliwy termin, oczywiście) i – odhaczone. Ale kieszeń boli, oj boli. Tym bardziej, że strzeliłam sobie dziś najnowszego Pottera. Jak na razie strona 295. To zabawne, z własnych finansów zapłaciłam do tej pory tylko za dwa pierwsze tomy, a każdy następny otrzymywałam w prezencie. Żeby było ładnie, regularnie i klamrowo – ostatni kupiłam. Chociaż, prawdę mówiąc, głównie dlatego, że nie byłam w stanie znaleźć “Lodu” Dukaja. Rany, wyprzedane już czy co? Nie przesadzajmy.
Co trochę zabawne (a trochę nie), niedawno odkryłam ( a właściwie to moja szanowna rodzicielka) mniej więcej 25 siwych włosów. Żeby było jasne – na MOJEJ głowie. Kopara mi opadła. Ludzie, ile ja mam lat? Wiem, że to sie zdarza, ot, genetyka, ale u mnie w rodzince chyba jeszcze nikt przedwcześnie nie posiwiał. Szlag, nigdy nie miałam ambicji przefarbować się na platynowy blond – mam nadzieję, że aż tak owa siwizna nie będzie się rozprzestrzeniać. Chociaż, jest też jasna strona całej sprawy – nie muszę się już obawiać, że na starość będę miała nieładny żółtawy odcień siwych włosów. Będą srebrzystobiałe (pytanie, czy dopiero na starość).
Jestem zmęczona po “całopopołudniowym” bieganiu po mieście. Aczkolwiek przez weekend też siedzieć w domu na zamierzam, tym bardziej, że przyjeżdżają ktosie, które już dawno miały do Lublina zajrzeć. I te ktosie niech tylko spróbują się nie odezwać – konsekwencje będą straszliwe(;. Dobrze, ktosie?<;
Pierniczy mi się nagrywarka dvd. I ciągle nie mam czasu ( a tak serio – ochoty) by to dokładnie sprawdzić.
Przeraża mnie plan na nowy semestr. Kurczę, nie ma zupełnie co robić. Ja lubię się obijać, ale bez przesady. Chociaż, kiedy wejdę w styczność z logiką i semiotyką jakieś komplikacje mogą się pojawić.
Napisałam nowy tekst, jak zwykle po zabójczej przerwie. Problem polega na tym, że podoba mi się (w ograniczonym stopniu) tylko pierwsza strofa. Ale lepszy rydz niż nic…
Acha, i jeśli jeszcze raz jeszcze ktoś zacznie mnie nawracać na Linuxa, to zacznę strzelać.
Nie możemy czekać, odkładać na później – niczego
bo nie ma przeznaczenia ani w nas ani poza nami
nie wolno nam pełznąć wśród pyłu – nie wolno czasu strawić
na zakazane jęki i modlitwy – co nie zbawią od złegojeśli zerwiesz pióro gwiazdy, która na szubienicy nieba
wisi, płynie drogą mleczną, wznosi się i spada
spojrzy na ciebie – falująca rozczarowana pani – zdrada
i chociaż wzdycha to śpiewa – tak być musi, tak trzebajeśli nie masz w sobie dumy ostrej jak nici prządek
nie zranisz innych – ale tobie i tak przebiją gardło
jeśli masz – nie wykorzystasz, mozesz tylko pragnąć
topielcu jutrzejszego poranka – spłyniesz z prądembo skłoniłeś głowę i nadstawiłeś grzbiet giętki jak horyzont
przygniotło cię słońce, sparzył czerw i pozostał tylko trąd
Patetyczne to wyszło.
I czuję się stara.
Kolejny piękny weekend (potencjalnie)
Marzec 30, 2007
To były szalone dwa tygodnie. Co gorsza, mam wrażenie, że prawdziwe “szaleństwo” dopiero się zaczyna. Zero czasu na cokolwiek. Ale nadszedł piątek. Piątek wieczór. To mój uświęcony moment – tylko dla mnie. Nie lubię wychodzić gdziekolwiek w piątek wieczorem – wolę siąść do komputera, nadrobić “netowe” sprawy, obejrzeć film… I położyć się późno spać. Muszę się odprężyć. Odpocząć.
To zabawne, tyle razy chciałam coś napisać – i nie miałam zupełnie jak i kiedy. Teraz wszystko wypadło z głowy, poszło sobie w diabły na spacerek. To będzie wpis chaotyczny, poprzecinany “babskimi problemami” i wszystkim, co mnie ostatnio trafiło.
Mała aferka w mojej szkole opisana na gazeta.pl. Zabawnie dowiadywać się o takich rzeczach z internetu. Zdołowały mnie natomiast komentarze
do artykułu – obie “opcje” polityczne wypowiadały się w sposób żenujący. I smutny. Łudzę się, że owe osoby nie mają wiele wspólnego z polityką. “Ale chroń nas od nienawiści…” Chciałam rozpisać się na ten temat – ale przeszło mi. To po prostu smutne. Fanatyzm, wrzaski, ta wyciekająca nienawiść i pogarda. Z obu stron. Czasem budzi się we mnie małe, naiwne dziecko. Ale szybko zasypia.
Zdjęłam tipsy. Co prawda z 3 tygodnie temu. Moje własne pazury są na razie delikatne jak bibułka i bardziej kruche od porcelany. Ale są. I już ich nie obgryzam – w ogólnym rozrachunku – sukces.
Nie rozumiem mojej matki. jedzie po mnie, że:
a) nie podejdę do matury (i za cholerę nie wiem dlaczego)
b) nie zdam matury (żeby jej totalnie nie zdać – też trzeba mieć talent)
A kiedy mówię, że chcę studiować w Warszawie, historię sztuki lub kulturoznawstwo, drze się, że “to mi nic nie da”, że ona “nie bierze tego na poważnie” i “to mogę sobie studiować na filologii w Siedlcach”. Pshaw. Szkoda słów. Nie zostanę tutaj na studiach. Na pewno nie. Nie ma mowy. Nie chcę sobie marnować życia – jeśli teraz się z domu nie wyrwę, nie zrobię tego nigdy. Nie będę w stanie. No i poziom naszej uczelni, Akademii Podlaskiej – no proszę państwa, po cholerę to ciągłe naganianie mnie do nauki, ta “troska o moją przyszłość”, gdy chce się mnie skazać na tą szkołę? Na AP studiują albo ci, którzy nie chcą wyjeżdżać, albo ci, którzy nie dostali się nigdzie indziej. Właściwa to zmęczona jestem tym ciągłym użeraniem się. Szkoda gadać.
Po tych dwóch tygodniach już wysiadam – a to nie koniec. Dopiero się zaczyna.
A, właśnie. Zabawne. Ostatnio była ta sprawa Alicji Tysiąc – chodzi o aborcję, przypuszczam, że każdy kojarzy. Zagrożenie utraty wzroku w razie porodu. Sympatyczna rzecz, nie? I akurat teraz. Byłam znowu u okulisty. Okazało się, że mam “poprzecieraną” siatkówkę w oku – a co z tego wynika? Nic wielkiego. Mam unikać dużych wysiłków, siłowni itp (damm, nigdy się za bardzo nie wysilałam, skąd to się wzięło???) No i ostatnia rzecz. Właśnie.
I tak nie planowałam zakładać rodziny. Cóż. Może to śmiesznie brzmi w ustach 18stolatki. Zobaczymy. Ale mam już kolejny powód “przeciw”. Nie wyobrażam sobie życia bez wzroku. I to sprawnego. Intensywnie wykorzystywanego.
Mamy piękną pogodę. Wiosna. Trawka się zieleni, kwiatki kwitną (jeszcze żadnego nie widziałam, ale skoro ogłoszono już wiosnę to muszą gdzieś być), żar się leje z nieba itp itd. Jak romantycznie.
Piątek wieczór to taki czas, kiedy uświadamiam sobie jak bardzo jestem zmęczona. Niczym konkretnym, tak po prostu. Znowu zacznę smęcić. Wbrew pozorom, czasem ogarnia mnie wiosenny nastrój. Ale tylko w słońcu. Wieczorem wyparowuje.
Nie pamiętam już niczego, o czym miałam napisać. Lepiej skończę.
Mru mru mru
Styczeń 14, 2007
Grzeję się przy ciepłej jednostce centralnej i marzę o pójściu spać… Wróciłam do domu o piątej rano, ale spędziłam jeszcze jakiś czas próbując wydłubać soczewki ze zmęczonych oczu, przy “pomocy” długich paznokci. Szlag, ale się niewygodnie pisze na klawiaturze==’. Po 12 pobudka, zasuwać na sprzątanie. Nie wyspałam się. Cholernie bolą mnie nogi. Ale sympatycznie było, nie idealnie, ale nieźle.
O co chodzi? Damm, o studniówkę. Pobawiłam się, potańczyłam (przy okazji, kiepska muzyka była. Na mniejszym parkiecie na piętrze dało się żyć, ale na dużej sali na dole… Disco-polo, syntezator i “swojska atmosfera”). Partner spisał się jak trzeba ( dzięki Norek (; ), i nie licząc drobnej wpadki przy polonezie (ktoś na początku się pomylił przy wychodzeniu, potasowało nam partnerów…) wszystko poszło dobrze.
Gaad, jak wspomnę ile czasu dzień wcześniej męczyłam się nad dekoracją sali gimnastycznej… Cały dzień (no, przesadzam – z długimi przerwami(; ) z koleżanką spędziłyśmy jakiś metr pod sufitem podwieszając gwiazdki, przykucnięte na chwiejnym rusztowaniu na kółkach. Brrrr. Cud że nie miałam zakwasów.
Wszelkie obawy “wyglądowe” jak zwykle okazały się bezpodstawne i panikarskie. Sukienka nie była za strojna, ale w sam raz, buty nie obcierały – co prawda nie mogłam do domu wejść po schodach, lecz z innego powodu – 11h na 8,5cm obcasie – to boli. Wychodząc ze szkoły, wsparta na ramieniu faceta, chwiejąca się na nogach musiałam wyglądać jak narąbana. Tym bardziej, że chciało mi się spać – a wtedy zawsze przybieram “naćpany” wyraz twarzy.Tia… Nikt mnie jakoś nie poznawał – czy to przez brak okularów? Nawet moja własna klasa i kilka osób, znanych przez mnie od wczesnego dzieciństwa osób. Ma to swoje dobre i złe strony – złe, bo facet z kamerą dość częśto skupiał na mnie swoją uwagę, a ja w takiej sytuacji czuję się poprostu głupio. Nie wiem co robić, odwrócić się czy przyoblec oblicze w durny uśmiech. Dobre – na płycie z “przerobionymi” zdjęciami do wywołania nie dałam swoich – były tylko w folderze z czystymi, naturalnymi. Ale jedno moje, ohydne, niedotknięte photoshopem, paskudne ujęcie i światło – zostało wywołane razem z fotami innych osób w formacie A3. I powieszone na ścianie. Miałam ochotę kląć, jak to zobaczyłam. Jednak olałam całą sprawę – nikt nie był w stanie rozpoznać mnie na tym zdjęciu. Hehehe. A tym bardziej w czasie studniówki.
Pod koniec już trochę zamulaliśmy.. Ale to normalne nad ranem. W każdym razie, jak otrzymam zdjęcia, to coś wrzucę. Niestety, bez czerwonej podwiązki. Nie miałam (;
szum szum zmiany
Styczeń 5, 2007
Tia, trochę mi w głowie szumi. Ale bez pochopnych wniosków proszę, poprostu jestem zmęczona(;
Oczy bolą jak jasna cholera. Przed chwilą wróciłam od okulistki – sympatyczna kobieta. Naprawdę sympatyczna. Nie ma nawet porównania z tymi obrażonymi na cały świat babolami z państwowych przychodni. Taka szczera, konkretna – słowem, kobieta na poziomie. Zrobiła mi komputerowe badanie wzroku i pouczyła korzystania z soczewek kontaktowych. Ponabijała się ze mnie – powiedziała, że na 100 pacjentów trafia się tylko jeden tak nerwowy jak ja(; No kurczę, ja zawsze miałam wrażliwe oczy, jak mi się woda pod powiekę dostanie to nie daj Boże, piecze jak jasna cholera. Ale z soczewkami kiepsko było tylko na początku – musiałam stanowić niezły widok robiąc uniki, gdy próbowała mi pierwszy raz założyć to małe ustrojstwo. Później, gdy sama poćwiczyłam – szło już lepiej. Zawsze to mniej drażni samemu grzebać sobie w oku, niż gdy grzebie ktoś inny(;
Zakropliła mi coś łagodzącego, ale czuję zmęczenie. Jednak moje biedne oczęta się nagimnastykowały. Na domiar złego mam krótkowzroczność – szczelina pomiędzy powiekami jest wąska – jest trudniej. Ale nauczę się. Nauczę się, cholera, do tej studniówki. Jutro znowu idę do lekarki ćwiczyć.
Zmiany, zmiany, zmiany… Dinven przedziurawiła sobie uszy. A raczej dała przedziurawić. Po bożemu, pistoletem u kosmetyczki. Rodzicielka chciała bym poprosiła Sylwię, moją siostrę cioteczną, o przekłucie igłą – wolne żarty, mam oddać swoje uszy w ręce mojej szalonej siostry? I to jeszcze igłą? Czy ja wyglądam na masochistkę? Odbębniłam to cholerstwo we wtorek – do 13stego ma mi się zagoić. A przynajmniej do tego stopnia, by móc zmienić kolczyki. Wszelkie nacięcia itp goją się u mnie dość szybko – uszy też nic nie bolą. Nawet gdy kręcę kolczykiem. To chyba dobrze, nie?
Wczoraj przetentegowałam sobie włosy. Na “ciemną czekoladę”, czy jakoś tak. Wniosek? Cholera jasna, co to ma być, że człowiek musi się przemalować by wyglądać naturalnie? Wcześniej miałam włosy ciemny blond i czarne brwi i rzęsy. Teraz te włosięta troszkę bardziej pasują do oprawy oczu. Nie jest fajnie robić za wybryk natury. Ale teraz… Nie usłyszałam ani razu że wyglądam źle – a często, że bardzo mi pasuje. Jest ok. Z głowy. Hehehe.
Pomimo tych drobiazgów, to… Mam paskudny tydzień. Wszystko mi się wali na łeb. W szkole też – dwie dwóje na półrocze. Jedna z plusem. Tia. Dziś, okupując to zdartymi nerwami i masą czasu, dostałam 6 z polaka z prezentacji. tia. Zmajstrowałam to ze znajomą z klasy. Temat? “Erotyczne wizerunki kobiety”. Ciężko byłoby zrobić coś nudnego(; 30 obrazów, z półtorej godziny gadania. Oczywiście Dinven zawaliła – bo kiedy stres – zatraszająco kurczy się moje słownictwo i zaczynam mieć skłonność do nadużywania kolokwializmów. No kurczę, nerwowa jestem, co zrobić.
Paskudny tydzień. Po świętach zaczęłam znowu bezśnić. Teraz trochę śpię, ale niewiele tego… Efektem jest to, że w praktyce rzucam się na ludzi i gryzę – strasznie poddenerwowana, zmulona i przyćmiona. Nawet matula się skapnęła – pogania mnie bym poszła do apteki po melisę lub syropek na uspokojenie. Nie ma mowy, nie zamierzam się niczym otumaniać.
I to przeklęte zamieszanie ze studniówką. Argh.
Niech mnie ktoś ustrzeli~~
Każdy jest od czegoś uzależniony.
Grudzień 18, 2006
– co nie znaczy, że to fajna sprawa. I takim optymistycznym i odkrywczym akcentem rozpoczynam nową notatkę, której wcale nie chce mi się pisać, ale coś mnie zmusza.
I nie, tutaj nie chodziło mi o nałóg.
Odrobinę wkurzającym faktem jest, iż notki pisze się “lekko” tylko w momencie ostrych emocji. Przynajmniej w moim przypadku. A w takich chwilach nie należą one do najrozsądniejszych. Chociaż brzmią ładnie. Wszystko się układa w głowie, super – ale problem – brak dostępu do komputera w danym momencie. I “szwung” się ulatnia, a mi już nie chce się pisać. Za dużo przemyśleń na moją biedną, małą, głupią głowę.
Kupiłam tą cholerną sukienkę. Kupiłam. Boże, jaka ulga… Prawdę mówiąc, mam za sobą dopiero mniej więcej połowę wydatków, ale to w kwestii sukienki panowała największa presja. Z głowy. Czerwoniasta. Już jest. Nigdy więcej. Nigdy więcej nie dać się zwariować.
Leczę się z nałogów. No właśnie. Sporo odmian tego czegoś występuje wśród ludzi, od skrajnych idiotyzmów jak narkomania i alkoholizm, poprzez te troszkę mniej skrajne – mania zakupów, pracoholizm i papierosy (nie oszukujmy się – to śmierdzi), aż po te drobne i nieszkodliwe (prawie), np. “herbatoholizm”, “kawoholizm” i obgryzanie paznokci.
Alkoholu nie piję, mój stosunek do narkotyków wyraża się w krótkich, a dźwięcznych słowach, a palenie mnie korci jak cholera. Kiedy jestem zirytowana moje opanowanie zaczyna niebezpiecznie się kruszyć. Ale to, że mnie coś kusi, nie znaczy, że mam temu ulec.
No właśnie. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Strasznie mnie wkurza fakt, ze coś ma nade mną kontrolę. Herbata swoję drogą, na razie zmniejszam dawki, bo wyrzec się jej całkowicie jednak nie potrafię. Zresztą, nie mam jakiegoś większego powodu – zdrowia nie rozwala, wręcz przeciwnie, na mózg też wpływa dość delikatnie, i to w zależności od stężenia… Tak, wmawiam to sobie(;
Inna sprawa z obgryzaniem paznokci. Tak, irytująca sprawa, która właściwie nie powinna mieć miejsca w moim wieku. Cóż, może to efekt mojej nerwowej natury, słabej woli or sth?(; W każdym razie, kiedyś próbowałam z tym zerwać, no ale… Zużyłam z 3 buteleczki jakiegoś specyfiku do mazania paznokci, nadającego im paskudny smak – i nic. Przyzwyczaiłam się. Desperacja ogarnia…
A NAJBARDZIEJ denerwujący jest fakt, iż potrafię opanować się “świadomie”, ale są momenty w których człowiek zaczyna totalnie bez udziału woli… I marnuje cały wysiłek. Teraz się zawzięłam. Do studniówki będę miała, jeśli nie własne pazury (nie mam złudzeń – są na tyle zniszczone farbami i rozpuszczalnikami, że nie odratuję ich do idealnego stanu) to chociaż tipsy – zapuszczam by miały się na czym trzymać==’.
Koniec tego jakże fascynującego nudzenia. Mam nadzieję, że gdy skończą się te cholerne studniówki wrócę do “normalności”. Kasa będzie wydawana na książki i filmy, a nie jakieś mazidła, w sobotę będę mogłą się wyspać i spotkać ze znajomymi, a nie tłuc się po sklepach… Raj(;
Wracając do nałogów. Za Chiny nie rozumiem, jak można świadomie oddawać czemukolwiek nad sobą kontrolę. Przecież jak raz się wpadnie, to nie ma zmiłuj, nawet jeśli rzucisz, to do końca życia trzeba się pilnować podwójnie. Nie mówiąc już o tym, że osoba “pod dużym wpływem” wygląda poprostu żałośnie.
To może tylko mój uraz, ale cholernie mnie odrzuca gdy ktoś upije się w moim towarzystwie. I proszę mi nie pierniczyć o “wyluzowaniu” itp. Mam tak odkąd pamiętam. Człowiek, który nie ma nad sobą wcale kontroli staje się zwykłym zwierzęciem. Jakoś nigdy mnie to nie bawiło.
Nevermind.
Dlaczego nie lubię 3 klasy LO.
Grudzień 6, 2006
Wczoraj matula udała się na wywiadówkę do mojej szanownej i szacownej szkoły. Odkryłam, że niewiele jest rzeczy gorszych od siedzenia i czekania na powrót rodzicielki ze “spotkania informacyjnego”. Brr. Ale żyję, rodzicom udostępniono tylko kartki z wynikami matur próbnych i wciągnięto ich w dyskusję o zmorze każdego trzecioklasisty i jego przodka – studniówce. Oczywiście matula mogłaby poprosić oddzielnie o pokazanie jej moich ocen, ale na szczęście nie zdecydowała się na to. Co ma sens, jeśli chwilę się zastanowić. Kto lubi sobie szarpać nerwy?
W każdym razie, żyję. Huh, dorzucili mi jeden punkt za historięO.o
A tutaj rozpoczyta się bardzo… “Żeńska” część notki.
Studniówka. Boże, koszmar. Już od dłuuuugiego czasu wiercą mi tym czaszkę. To sukienka, to fryzjer, to makijaż, to buty, to dodatki, biżuteria, szal, paznokcie…O.o Zabijcie mnie, sukienki nie mogę znaleźć (tia, wybredna jestem. A co.), mózg mi paruje od szukania fryzjera u którego mogłabym się zapisać na odpowiednią godzine… Kyaaaaaaa… Przygotowywania do imprez są może i fajne, ale w innej skali… Bo to to armageddon. I jeszcze droga starsza cały czas mnie jedzie za to, że nie jestem jeszcze w 100% gotowa. Litości! Przecież to jeszcze ponad miesiąc został.
W szkole to samo. Nie wiem jak wyjdzie z tym strojeniem sali. Bo z “ustnych” planów jak na razie wyłania się niezbyt zachęcająca perspektywa. Tak jak z balem na koniec gimnazjum – piękne plany, bordo i złoto (wtedy to miało być piekło, a teraz “bal u Wolanda”), a wyszło, za przeproszeniem, jak perski burdel lub “dysko” w remizie. Aż cholera mnie bierze jak to sobie przypominam.
A teraz? Wczoraj robiłyśmy zdjęcia. Tzn ja stałam z aparatem w oczekiwaniu aż wszystkie się wysztafirują (chociaż realnie to wyglądało tak, że dwie góra się “pacykowało”, a reszta kręciła się i czekała nie wiadomo na co – przynajmniej na początku). Po retuszu w photoshopie fotografie będą elementem dekoracji – w złotych ramach. Oczywiście konwencja zoobowiązuje – białe peruczki, gorseciątka, blada skóra i krwiste usta. W sumie, nie wyszło najgorzej.
Irytujące, chociaż w sumie należało się tego spodziewać, było to, iż kilkorgu się żadne ujęcie za cholerę nie podobało. Oczywiście wszystko na mnie – ej no, o wybaczenie upraszam, ale bez możliwości manipulacji światłem (jedyne dostępne opcje to włącz/wyłącz lampy i włącz/wyłącz flesha), aparatem cyfrowym z serii “idioten friedly” (dziękuję koleżance za przyniesienie – ale sama wiesz Ola – sprzęt profesjonalny to nie jest, nawet redukcja czerwonych oczu działa od czasu do czasu) nie byłam w stanie zrobić każdej dziewczyny jednym kadrem na przepiękną primadonnę. Urodę poprawię dopiero programem graficznym – jak się w końcu dowiem czy to ma być kolor, sepia, lub czerń-biel. No, ale uprzedzam – ideałów się nie spodziewać, to ma być tylko retusz a nie wyrób lalek.
Acha. Jeszcze jedno. Nie znoszę gdy ktoś mi stoi nad ramieniem w trakcie robienia zdjęć i rzuca rady w stylu “ucinasz jej to i tamto, przesuń trochę” itp itd. Ja rozumiem, że to akt dobrej woli i wogóle, ale poprostu tego nie lubię. To rozprasza. Ów aparat był cyfrówką, ergo: nie wyjdzie? zrobię jeszcze raz a tamto wywalę. I tyle. A przy kadrowaniu muszę spróbować kilku sposobów.
Ogółem – jestem świadoma, że to dopiero początek zamieszania związanego z ową uroczystą uroczystością na 100 dni przed maturą.
Wnioskując: Od powietrza, głodu, ognia, wojny i studniówek wybaw nas, Panie.
Howgh.
Acha, jeszcze jedno. W tym wypadku wszelkie złośliwe komentarze i opinie wynikają z “nastroju chwili” – to nic osobistego. Do nikogo.