.Falkon 2008 (nie nazwałabym tego relacją czy recenzją)
Listopad 17, 2008

Krótko i do rzeczy: przeszła mi mania na konwenty, na Falkon zajrzałam właściwie tylko i wyłącznie dla larpów (i nowej książki Ćwieka). Gdyby nie fakt, że teraz mieszkam w Lublinie, to pewnie bym nie ruszyła tyłka. W zeszłym roku wystarczyła paskudna pogoda by mnie zniechęcić do Falkonu. QED, nie jestem juz typem aktywnego erpegowca. Ostatnią “tradycyjną” sesję grałam z rok temu, od dłuższego czasu poprzestaję na larpach i zamiłowaniu do fantastyki literackiej.
Po przybyciu na konwent i wykupieniu akredytacji chwilę zajęło mi zorientowanie się, że otrzymana dopiero co książeczka (ta większa) wcale nie zawiera programu. WTF? Ot, bywa, zabrakło. Na szczęście właściwe programy zostały dowiezione po jakimś czasie. Zgrabne, mieszczące się do kieszeni (dużej) zeszyciki. Ładnie wydane. Pod względem edytorskim stanowczo na plus. Jako bonus gustowna karteczka z erratą (standard na polskich konwentach, obawiam się) i dyplom uczestnika konwentu. Yay, poczułam się nobilitowana.
W informatorze konwentowym zamieszczono kilka opowiadań. Ucieszyło mnie jedno, autorstwa Agnieszki Hałas. Dość krótkie, stanowiące raczej wprowadzenia do powieści niż samodzielny utwór. Z tego co pamiętam, autorka miała wydać książkę już daaawno temu, a w każdym razie takie słuchy mnie kiedyś dobiegły. Może się w końcu doczekam.
Kolejny tekst, spod klawiatury Andrzeja Pilipiuka wzbudził we mnie uczucie deja vu. Czy motyw śmierci Wędrowycza nie występował już w którymś z tomów opowiadań?
Co do “Wybrzeża nienawiści” niejakiego Rafała Włoska – nie chciałabym być niemiła, ale obawiam się, że to nie do uniknięcia. Bardzo “oryginalna” narracja i konstrukcja dialogów. Patos się wylewa z odstępów pomiędzy wersami i zatapia niczego niepodejrzewającego czytelnika. Bul bul bul. Głębia charakteru głównego bohatera oraz powalająca konsekwencja i logika jego działań wręcz zabijają. Fabuła jest mniej więcej tak skomplikowana jak w standardowej cegle napisanej na podstawie AD&D. Język kwiecisty, soczysty i sssmakowity. Ten nieprzenikniony mrok, ciało ulepione z cierpienia, ścierwa i smukła, ziemista twarz w metalowym hełmie. Mniam mniam. Opowiadanie wygląda na urywek powieści (planowanej zapewne). Tej książki nie zamierzam wyczekiwać z utęsknieniem.
W falkonowym informatorze spodobał mi się pomysł dorzucenia kilku krótkich biografii najsławniejszych piratów. Właśnie takie drobiazgi budują klimat.
Em, no dobra, wracamy do samego konwentu.
Na miejscu mile mnie zaskoczył widok sporej liczby przebranych postaci. To oczywiste, że na takich zjazdach zawsze pojawią się osoby w oryginalnych strojach, ale tym razem było ich jakby więcej. Acha, zapomniałabym – nigdy nie przepadałam za “kocimi uszkami”, ale chyba zrewiduję swoje poglądy w tej kwestii. Co prawda nie na tyle, by samej je założyć (uszy nie poglądy) – co to to nie. Ale popatrzec miło(;
“Wyspa” oferuje całkiem sporo miejsca, ale i tak nie można było znaleźć kąta wolnego od przetaczających się tabunów fantastów. Ogółem życie kwitło. Można było to zauważyć już po jednym dniu konwentu – brak pryszniców dawał się we znaki. Na szczęście ja nie miałam tego problemu – na noc wracałam do mieszkania. Na terenie konwentu było w miarę czysto i spokojnie, obsługa raczej spisała się dobrze. Chociaż dalej nie rozumiem obecności w regulaminie punktu dotyczącego niespożywania alkoholu – i tak najwyraźniej nikt się tym nie przejmował. Kilka minut po wejściu na teren konwentu, w piątek, około 21, zderzyłam się z paroma mocno już nieświeżymi panami. Przy samych drzwiach, parę kroków od ochrony. Jechało jak z gorzelni. W łazienkach co rusz ktoś przeżywał ciężkie chwile. Aż chwytało za serce. Nie mam zbyt restrykcyjnych poglądów jeśli chodzi o alkohol na konwentach. Z umiarem – czemu nie? Problem w tym, że słowo “umiar” dla każdego ma chyba trochę inne znaczenie. Zresztą, jeśli coś się wpisuje do regulaminu, to chyba trzeba tego pilnować?
Było kilka obsuw w programie, ale na którym konwencie się nie zdarzają. Ogółem, każdy miał możliwość wysłuchania wielu ciekawych prelekcji.
Wzięłam udział w dwóch larpach. Rolę w pierwszym (“Poker na parze”) niestety zapierniczyłam, bywa. Sam larp trochę chaotyczny, w pewnym momencie, kiedy ludzie spoza gry zaczęli włazić do sali, nikt już nie wiedział co się dzieje. Drugi larp (“Władza na wydaniu”) był rewelacyjny, same teksty na kartach postaci powodowały syndrom zwijania się ze śmiechu. W tym wypadku ustrzeżono się chaosu, wszystko było pod kontrolą prowadzących. Dzięki(;
Z konwentu zmyłam się w niedzielę po północy, trzeciego dnia już nie nawiedzałam.
Acha, i na stoisku Solarisu dorwałam trzeci tom “Kłamcy” Jakuba Ćwieka. Przeczytane natychmiast, recenzja wkrótce (jak mnie projekt z historii sztuki nie przywali).
raczej nic nowego
Październik 10, 2008
Egzamin poprawkowy oczywiście zdałam, i studiuję sobie w najlepsze. Tyle że posiali moja kartę poprawkową w dziekanacie, musiałam biegać do SZ.P. Doktora i sama zadbać o wpis. Indeks i kartę egzaminacyjną oddałam już do dziekanatu, a z poprawkową nie mogę się dopchać. Ludzie teraz składają podania o stypendia – takich kolejek to już dawno nie widziałam. Mała zagwozdka, bo w sumie już najwyższy czas na oddanie tej karty.
Nowe mieszkanie jest w sumie w porządku, nowe współlokatorki również. Ale oczywiście nie może być idealnie – wszystkie sprzęty się ostatnio pierniczą. Pomijając juz fakt, że nie zamykają się drzwi i dwóch pokojach ( w tym w naszym), to: pierniczy się spłuczka w toalecie (na szczęście wiemy, jak to naprawiać na bieżąco), piekarnik (elektryczny) przy pierwszym uruchomieniu wywalił wszystkie korki w domu, a elektryka jak nie było tak ni ma. Odkurzacz, po powrocie z “naprawy”, dalej nie działa. A przedwczoraj poszła w cholerę uszczelka od “kolanka” pod zlewem. W trakcie zmywania naczyń. Nic, tylko było regaty robić na tej podłodze. Jakoś to zmontowałam, ale jak na razie – prowizorka. To był beznadziejny dzień, miałam ochotę wymordować całe swoje otoczenie. Od dłuższego czasu nie byłam tak zdenerwowana, na domiar złego, rozwaliłam sobie moje ukochane dżinsy. yay.
Na uczelni będzie trochę zapierniczania, jak na razie mam w planie z 3 dni “od rana do wieczora”. Odzwyczaiłam się, jest ciężko. Najgorzej z porannym wstawaniem. Zresztą, teraz jestem na kompie tylko dlatego, że źle się czuję i odpuściłam sobie wykład. Normalnie w piątki siedzę do późnego popołudnia na uniwerku.
Ogółem trochę pusto i dalej nie mogę niczego napisać.
Taka ciekawostka – podsumowanie 5 lat
Czerwiec 10, 2008
Przepomniałam i niechcący ominęłam – 20 maja minęło 5 lat bloga Dinven. Ten na wordpressie traktuję jako naturalne przedłużenie owego na blog.pl .
Statystyk nie podaję, bo prowadzę je dopiero od dwóch lat.
Przydałoby się jakieś podsumowanie zmajstrować.
Ja – nie jestem już zakompleksioną uczennicą gimnazjum ze skłonnością do użalania się nad sobą (no, może troszeczkę). “Przemroczyłam już swój mroczny czas”, pomimo, że nadal mam stanowczo zbyt rozbudowaną wyobraźnię, to nie przekładam jej nad życie codzienne. Ot, nadmierne dołowanie się jest czymś, z czego się zazwyczaj wyrasta. Jeśli kogoś bawi czytanie mhocznych żalów nastolatek, to zapraszam do mojej starej “samotni”(;. Nie wstydzę się tamtych notatek – to już za mną, a próba przekłamania tego kim byłam, na swój sposób zaprzeczałaby mojej aktualnej tożsamości. Na przestrzeni czasowej maj 2003 – listopad 2006 – czerwiec 2008 zmieniłam się niesamowicie. Gdybym spotkała jakimś cudem tą dawną “mnie”, potraktowałabym ja pobłażliwie, jak małą, smutną dziewczynkę, która troszkę za bardzo się przejmuje otaczającą ją rzeczywistością. To dość zabawne, biorąc pod uwagę, że nie cierpię pobłażliwego traktowania<;. Co więcej? Stałam sie odrobinę bardziej realistycznie nastawiona do życia, znacznie spokojniejsza i bardziej wyciszona. Ale nauczyłam się też nie tłumić emocji w niektórych sytuacjach – czasem dobrze jest pokazać co się czuje.
W moim domu miało miejsce kilka ciekawych zdarzeń – w efekcie rodzice się rozwiedli. Nie było łatwo, ale po tych paru latach wiem, że to nie takie złe rozwiązanie. Jak dalej – zobaczymy. Czasem po prostu nie ma dobrego wyjścia.
Zdałam nie najgorzej maturę. Ale rewelacyjnie też nie, więc wyników przypominać nie będę(;.
Przewinęłam się przez trzy miejsca nauki. Gimnazjum nr 4 – które wspominam źle. Liceum ogólnokształcące nr 2 im. św. Królowej Jadwigi – wspominam całkiem nieźle. Kulturoznawstwo na UMCS w Lublinie – jeszcze nie wspominam i mam nadzieję, że za szybko nie będę musiała(; . Nie wiem, czy coś wyjdzie z mojego przeniesienia na UW – szczerze, brak mi entuzjazmu. I średniej, bo się nie przyłożyłam<; . Może za rok… Może.
W ostatnie wakacje poszłam do pierwszej, dorywczej, pracy. W tym roku muszę znaleźć coś innego – skręca mnie na samą myśl o pakowaniu płyt. Btw, wie ktoś może, ile trzeba czekać na zwrot podatku, gdy wprowadzało się zmiany w formularzu NIP?
Zaczęłam pić alkohol – koniec sierpnia 2007. Ot, taki drobiażdżek. Oczywiście bardzo umiarkowanie – niestety, mam słabą głowę. Jedno piwo mi wystarczy. Z drugiej strony – to całkiem ekonomicznie.
Rok temu (prawie, pod koniec września) kupiłam swój pierwszy “mójwłasnytylkomój” komputer (poprzedni dzieliłam ze starszym bratem). Owe zdarzenie poprzedziły paromiesięczne deliberacje, pytania o porady i grzebanie w necie na temat poszczególnych egzemplarzy. Wybór w końcu padł na tego pieszczocha. Po roku nie narzekam – jedynymi wadami tego kompa, tak jak przewidywałam, jest Vista i mała ilość ramu. Pamięć dokupię w swoim czasie, Vistę da się przecierpieć. Klawiatura za to jest jak najbardziej w porządku – tylko na zdjęciu wyglądała tak źle. “Pieszczoch” w tym momencie ma 2,20 GB wolnego na dysku C i 957 MB na dysku E. Dodam, że jego pojemność do 120 GB. I przeżywał już kilkukrotną archiwizację danych na dvd. Kiedy zbiorę się w sobie i kupię dodatkowy RAM – rozejrzę się chyba jednocześnie za dyskiem zewnętrznym.
Przeprowadziłam się. Powód – oczywiście studia. Z Siedlec do Lublina. Samodzielność? Raczej sobie radzę. Z przystosowaniem trochę gorzej, ale źle nie jest. Miasto jak miasto.
30 października 2007 – założyłam konto na LastFM. Według takiego małego gadżeciku zaliczam się do “otwartych umysłów”. Dzięki temu serwisowi poznałam parę naprawdę sympatycznych zespołów. Ogółem – zaprocentowało. Na plus.
Pierwsza sesja na uniwersytecie została zaliczona szybko, bezboleśnie i bez poprawek. Nie wiem, jak będzie teraz – jutro czeka mnie pierwszy w życiu (nie licząc ustnej matury) egzamin ustny “na poważnie”. Niech się dzieje wola nieba… W czwartek poprawa kolosa z logiki – auaaa… zabierzcie to ode mnie. 19ego egzamin – postrach. Semiotyka. Nie wiem jak się tego nauczyć, będę zadowolona jak dostanę trójczynę. Ech, oto jak człowiek traci ambicje i ideały(;
Damm, w oderwaniu od życia uczuciowego i intelektualnego, to podsumowanie brzmi strasznie… płasko i banalnie. Nie zrobiłam niczego, za co można by mnie pochwalić. Ale na szczęście nie popełniłam chyba żadnego na tyle poważnego błędu, aby ktoś mógł mnie potępić. Żałośnie to wygląda. Kto nie ryzykuje – nie żyje. Czy naprawdę?
Urwał mi się kontakt z niektórymi ludźmi – w kilku przypadkach wyłącznie z mojej winy. I żałuję tego, bo jak tu nie żałować. Jeśli cokolwiek mogę odzyskać – postaram się.
Kiedyś miałam pasję życia. A teraz jestem spokojna jak nigdy. Dorosłość nie okazała się przyjemna czy też niemiła. Ot, jest i tyle.
Heaven’s Not Enough - Steve Conte
Kolejny męcząco-nudny dzień
Maj 13, 2008
Tak jak w tytule. Zmęczona jestem właściwie niczym. Siedzę w trakcie projektu na socjologię, uczyć z logiki przydałoby się zacząć, przy okazji też z historii kultury. Jutro kolos z angielskiego – to akurat luzik, tylko trzeba wstać z samego rana.
Choruję sobie od jakiegoś czasu. Odkąd przyjechałam do Lublina co rusz mnie jakieś cholerstwo łapie. Krótko po tym jak wydarłam gardło na wesołym miasteczku (Voyager wymiata! ) i poprawiłam lodami – bezgłos. Ból gardziołka, później koszmarny katarek, a na końcu kaszel jak u suchotnika. Mon, kocham to.
W ostatni weekend byłam w domu na ślubie Rumiankowej i Wasika. Przesłodko(; Wszystkiego najlepszego w nowym stanie cywilnym!;* Tylko ciekawi mnie kto się na ślub wysypał totalnie jakimś różowym brokatem – musiałam się o tą osobę otrzeć wychodząc z kościoła. Yay, zawsze chciałam mieć rękaw płaszcza w brokacie!;D Frapujące(; Niestety, nie zawitam na “wesele dla znajomych” w tym tygodniu – nie bardzo jestem w stanie robić sobie wycieczki co tydzień. Kurczę, szkoda.
*przerwa na kaszel*
Ekhm. No. Ten tego. Dalej brakuje mi sensu. Może za wiele oczekuję. Nie potrafię się wyłamać z marazmu, może w następnym semestrze… Ale co do tego czasu? Nic nie przykuwa mojej uwagi na dłużej, a jeśli już czemuś się uda, to z kolei ja nie przejawiam większych zdolności w owym kierunku. Heh, życie jest tak obrzydliwie prozaiczne, a ja za dużo czasu spędzam we własnej głowie. Mam stanowczo zbyt bujną wyobraźnię.
Koniec nudzenia.
Ike Yoshihiro, Centzontotochtin - z Ergo Proxy OST opus01
Kompilacja miesiąca
Kwiecień 25, 2008
* Ok, jestem już oficjalnie usankcjonowanym piratem drogowym. Jeszcze tylko odebrać papierek i można szaleć. Tylko czym. Kpina, samochodu nie mam i nie będę mieć w najbliższym czasie – bo po cholerę. Ot, kawałek plastiku jest mi potrzebny jedynie na przyszłość. I zawsze to jakiś plus przy poszukiwaniu pracy. Przynajmniej problem z głowy. Phhh, już drugi egzaminator mnie nawet pochwalił, że bardzo dobrze jeżdżę. I dopiero on mnie nie oblał. Boki zrywać. Chociaż poprzednim razem to tylko moja wina była i mojej bezmyślności. Zarąbałam na parę minut przed końcem, koleś kazał mi jechać na jakąś stację benzynową z nakazem skrętu. Przede mną jechał jakiś facet, który skręcił PRZED znakiem. A ja nie pomyślałam i pojechałam za nim. Ot, impuls, ale to już podpada pod niestosowanie się do znaków – i kaput. A ojciec powtarzał, żeby na innych idiotów uwagi nie zwracać.
* Na uczelni zaczyna się jazda – termin projektu na socjologię już jest, kolos z logiki był. Czas zapiernicza jak … jak… no dobra, nie mam na myśli żadnego niebanalnego porównania. W każdym razie, będę miała co robić w najbliższym okresie. Leń mnie dopadł i nie chce mi się wysuwać nosa z mieszkania na uczelnię. Ale trzeba, zmuszam się jakoś. Hell, nie mam na nic ochoty, nic mi się nie chce.
* Dochodzę do wniosku, że niezależność jest dla mnie stanem niezbędnym. Wpiszę się lub wyłamię z emowatego nurtu (bo niejasne to trochę) i stwierdzę, że mało zdolna do wyższych uczuć jestem. A w każdym razie tylko do wybranych (uczuć). Lub nie. Hm, niezła zagwozdka logiczna, szkoda że nie potrafię rozpisać tego na algorytm. Zresztą – emowatość to chyba nadwrażliwość? A czy emowate jest roztkliwianie się nad własną znieczulicą? Chyba też. Nevermind. A, już wiem. Jeśli jestem w stanie się roztkliwiać, to znaczy, że tak naprawdę jestem bardzo wrażliwa i ta bajka o braku wyższych uczuć jest – właśnie – bajką. Ale z drugiej strony, mogę takie zachowanie złożyć na karb zwykłej emocjonalnej niedojrzałości. Jak słodko i homantycznie.
* Taaaak, wkurzona dziś trochę jestem. Właściwie to od jakiegoś (krótkiego) czasu. Bo przez wcześniejszy (dłuższy) czas było mi całkiem nieźle. Pomimo posiadania pewnych cech osobowości androgynicznej – jestem cholera kobietą i mam prawo do wahań nastroju.
* Byłam na wycieczce (jeśli ktoś woli bardziej formalną nazwę – objazd naukowy) z ludźmi z mojego kierunku ( i roku). Lublin – Zamość – Guciów – Lublin. Hell ya. Nie było źle, nawet fajnie. Ot, okazja do wyluzowania. Nie zgubiłam się w Zamościu ( do tego trzeba by mieć talent – może w nowszej części nie byłoby to takie trudne, ale na starówce?). Najmilej wspominam wystawę w Arsenale – yaaaaay, ta broń. Człowiek nie wiedział gdzie patrzeć.
W Guciowie (swoisty skansen) też w sumie za ostro się nie wynudziłam. Chociaż całą radość z wycieczki przytłumiły (nazwijmy to po imieniu -przywaliły w łeb, zafundowały betonowe buciki i wrzuciły do jeziorka) przemowy oprowadzającego nas (właściciela? opiekuna?) po budynkach. Pan niestety chyba pierwszej trzeźwości nie był, no cóż, bywa. Do pewnego momentu mówił nawet ciekawie, i sporo interesujących elementów wyposażenia starego domu pokazał. Btw, siedzenie w kucki opierając się o leżący ścięty pień wcale NIE jest wygodne. Humoru nie poprawiała mi niesamowita wręcz gorycz wysłuchiwanych słów. Ów pan mówił momentami z sensem, ale ukrył to pod takim nawałem lamentów i uwielbienia dla idei powrotu do korzeni – tzn do tańców przy ognisku i zachowań pierwotnych. Naprawdę rozumiem zachwyt nad regionem – bo Roztocze JEST piękne. Rozumiem żal z powodu lekceważenia lokalnych cudów przyrody. Doceniam kolekcję minerałów i skamienielin – bardzo ciekawe. Ale kurczę, takie teksty tam czasem odchodziły… Może jestem nastawiona negatywnie z powodu lekko “podciętego” zachowania oprowadzającego, ot, to taka moja antypatia. Gryzły mnie zwierzenia o zakrapianych “zabawach” przy ognisku, o wyjazdach na zjazdy na których “i tydzień potrafił zabawić, to ostatnio żona go nie puściła”. Nie dziwię się żonie. Jestem zła i niedobra i w ogóle be, bo jadę teraz nie po jego pracy naukowej, ale po życiu osobistym. Cóż, ja wścibska nie byłam, usłyszałam to wszystko bez jakiejkolwiek zachęty. I mam święte prawo wyrobić sobie powierzchowne zdanie. Phhh. I wyjście do zwiedzających po paru głębszych uważam za olanie. Btw, córeczka właścicieli to słodki dzieciak. I może dlatego się tak rzucam, bo koleś przypomniał mi ojca w podobnym stanie – ten sam ton, sposób mówienia i gestykulacji, rozwlekły, nielogiczny, filozoficzny. Ot, człek na procentach. Nastawiło mnie to negatywnie, fakt.
Gospodarz zastrzelił mnie szczególnie wyznaniem dotyczącym tłumienia naturalnych instynktów. Chodzi o to, że gdy wybiera się o ciepłych porach roku do Lublina, to gdy widzi te wszystkie piękne, chętne, ubrane “no tak” młode kobiety, co co drugą by bez zastanowienia “pokrył”, gdyby nie ramy narzucone przez społeczeństwo. W tym momencie z całej siły starałam się spojrzeć na sytuację jako na znakomitą okazję do ćwiczenia zachowywania “kamiennej twarzy”. Sprawiał wrażenie, jakby wg niego wszyscy powinni zachowywać się pod tym względem jak ludzie pierwotni. No cóż, ja w tej sytuacji jestem z tych ograniczeń cywilizacyjnych całkiem zadowolona – jak zakładam bluzkę z dekoltem czy coś w tym stylu, to dlatego że chcę WYGLĄDAĆ, a nie że jestem “chętna”. Tylko tego mi by brakowało, niespodzianek na ulicy. Jak to w tym starym dowcipie – “czytam w twoim sercu jak w otwartej księdze” , “a czytaj sobie, czytaj, tylko nie dotykaj łapami okładki”.
W każdym razie – gdy nie zbaczał na tematy “filozoficzne”, to mówił całkiem ciekawie. A sama wystawa jest naprawdę warta polecenia. Nie miałam wcześniej pojęcia, że słomiane strzechy są aż tak wytrzymałe (i nie ma w tym ironii).
* Acha, Dragon 2008. O samym konwencie się nie wypowiem, bo rano w sobotę zawiozłam swój sprzęt do komputerówki (oczywiście po drodze zabłądziłam, no bo jakżeby inaczej) i się po krótkim czasie zmyłam, by wrócić dopiero następnego dnia wieczorem. Oczywiście na larpa. Tym razem w klimatach Triguna – planeta Gunsmoke. Ok, było bardzo fajnie. Ciekawy scenariusz, dobrze i zabawnie rozpisane role. Ludzie się wczuli, parę akcji zostanie w mojej pamięci na dłużej (“Człowiek-guma” wymiata). Przeżyć – nie przeżyłam, bo jeden gracz wysadził bar w którym toczyła się akcja larpa. Bardzo, ale to bardzo nie lubię podobnych numerów. Jest taka zabawna zasada, które nie powstała ot tak od czapy – graj i pozwól grać innym. Polecam niektórym trochę nad nią pomedytować.
* Ogólna konkluzja – ludzie to w większości banda sukinsynów. Dostałam na maila kolejny łańcuszek żerujący na czyimś prawdziwym nieszczęściu. Oczywiście razem z pełną bazą danych zawierającą adresy e-mail tych, przez których ta wiadomość się przewinęła. Nic, tylko siąść i spam rozsyłać.
* Lubię, kiedy moje otoczenie ma świadomość, że jak mówię “nie”, to znaczy “NIE”. Żadne “chyba” czy też “być może”. Zwyczajne “nie”.
* I tak, jestem wkurzona. To chyba widać. Ot, chwilowe zaburzenie dobrego nastroju. Przynajmniej pogoda jest piękna, to stanowczo na plus. Zaraz wracam trawić mój czas nad socjologią – to na minus. Mam trochę dobrej muzyki – plus. Nie potrafię niczego napisać – cholerny długi minus. Moje poczucie własnej wartości ma się nieźle – plus. Ale od czasu do czasu zdarza mu się leżeć i zdychać – minus.
Szlag, jakoś brak mi poczucia sensu w życiu. Ogółem – bilans ujemny. Tęsknię za jakimś punktem zaczepienia.
The Verve, Bitter Sweet Symphony
Teoretycznie
Październik 11, 2007
… wszystko w porządku. Teoretycznie. Net mi muli jak cholera, zrywa połaczenia (chyba że mamy jakis coroczny Światowy Tydzień Padów Serwerów). Non-stop firefox “nie może odnaleźć serwera”. Download poprzez torrenty nie chce mi iść, dostawca netu coś gada że muszę wykupić zewnętrzny nr IP. No dobra. Ale dlaczego przez jeden dzień wszystko mi śmigało jak cudo, a od paru dni za cokolwiek się nie wezmę – muli? Firewall mi portów nie blokuje, router też nie. O co do cholery chodzi?
Jutro po zajęciach jadę na chatę. Znowu. W sobotę mam egzamin na prawo jazdy – i stracha. Nie czuje się pewnie. Ani z teorii, ani z praktyki.
Facet od angielskiego jest stanowczo irytujący. Taki tam staruszek, na pierwszy rzut oka wydawał się sympatyczny. Ale jak zaczął dowcipkować… Jakieś żarciki o żydach, nie antysemickie, ale zwyczajnie nieśmieszne. Zadawał też pytania typu “czy chce pani wyjść za mąż?”. Dotarł do mnie, ja sobie pomyślałam – co to ma być? Przeciez kwestia mojego zamążpójścia jest chyba moją prywatną sprawą? Odpowiedziałam po prostu “Nie, nie chcę”. “A, to pani jest lesbijką?”
Zamurowało mnie. “To nie wyklucza zamążpójścia” – usłyszał ode mnie i dał mi spokój. Przeniósł się na inną studentkę. Ale, rany, żeby z takimi tekstami wyskakiwać? To już jest poniżej pewnego poziomu. Kurczę, nie przeniosę sie na inny język, bo tylko z anglika coś niecos umiem… Z francuskiego egzaminu bym nie przeżyła, wolę chodzić jako wolna słuchaczka.
Za to, dla równowagi chyba, mamy bardzo dobrego wykładowcę/prowadzącego zajęcia z historii sztuki (albo historii kultury czy jakoś tak). Kiedy mówi, nie trzeba się zmuszać do słuchania – jest naprawdę ciekawie. I, dla odmiany, ma też zabawne poczucie humoru – takie lekko ironiczno-cyniczne.
Odrobinę chyba nie pasuję do braci studenckiej. Po pierwsze, mieszkam ładny kawałeczek od większości barów i pubów – a powrót samotnie o nocy mi się nie uśmiecha. Po drugie, imprezy w akademiku typu “zbieramy się i chlejemy” też są odrobinę nie w moim stylu. Czułabym się nie na miejscu. I jakoś odpuszczam sobie te integracje. Może to bład – obaczym. Ale chyba nie ma sensu sie do niczego zmuszać? Ja bym się bardzo chętnie pointegrowała, ale w jakimś pubie z którego mam w miarę blisko do przystanku i nad kropelką czegoś bardziej kulturalnego niż piwo. Nie lubię piwa. A picie dla picia w akademiku mnie nie pociąga. Zresztą, przypuszczam że pewna nieśmiałość też ma tu swój udział.
Kiedy człowiek jest w mieście praktycznie sam, ciężko mu się gdzieś wieczorem wybrać – szczególnie dziewczynie.
I czasem łapię się na pośpiewywaniu “Co ja robię tu…. uuu, co ty tutaj robisz?”
Najtrudniejsze za mną – Lublin
Październik 2, 2007
Chwilę temu, po długich męczarniach, udało mi się podłączyć internet. Btw, klawiatury w laptopach są straszliwie wpieniające.
Teraz tylko mały problem z kablami, jeden jest za krótki.
Siedzę sobie na stancji, w wynajętym pokoju, przy ławie, w wygodnym fotelu. Jest sympatycznie. Trafiłam na niezły lokal za dobrą cenę. Współlokatorka w pokoju tez się sprawdziła, jest sympatyczna – wszystko w porządku.
Wczoraj przetrwałam immatrykulację. Nie było ciężko. Opiekun roku wydaje się być na poziomie. Ludzi na razie nie znam – wymieniłam sie telefonami jak na razie z dwoma obywatelkami. Tylko ten plan… Nikt nic nie wie, czeski film. Nie mam zbyt wielu zajęć i wykładów, ma przybywać dopiero z roku na rok. Zastanawiam sie, czy nie wziąć za 2 semestry drugiego kierunku dodatkowo. Powinnam wyrobić.
Jestem grzeczna, nie baluję. Na to przyjdzie czas(;
To była krótka notka informacyjna, o tym, co sie ze mną dzieje. Żyję i mam sie całkiem nieźle. A teraz zmykam na zajęcia(:
BTW, ZaQ, jeśli to czytasz – list (paczka) są już gotowe do wysłania. Ale zostawiłam je w Siedlcach… Wybacz, to nie tak ze nie odpisuje bo nie chcę- po prostu sierota boża ze mnie==
Drogie dzieci – nigdy nie wychodźcie bez śniadania
Wrzesień 6, 2007
Człowiek jest wtedy podirytowany (przy dużej dozie farta – jeśli nie jest wściekły), mdli go, napiernicza go brzuch i głowa itp itd. Nigdy nie wychodzę bez śniadania (za wyjątkiem sytuacji, gdy wybieram się na pobranie krwi).
A dziś cholera musiałam. Pospałam sobie do 10, bo dziś do pracy, spokojnie wstałam, udałam się do wanny itp itd. Wychodzę – mumia zawinięta w ręczniki – dzwoni domofon. Głos ojca – “a ty co? złaź! dlaczego nie odbierasz domofonu?” “ale zaraz, jazda miała być na 14!” “Gdzie na 14, na 12! Złaź! masz 10 minut”.
o ja pier… Popierniczyło mi się, i jak ja mam się wyszykować w 10 minut? Włosy wysuszyłam, ubrałam się, ale czasu na śniadanie zbrakło… I z miejsca cały dzień wydaje się zły a świat wrogi. Grrr. Do tego stopnia, że o mało bym wjechała na pasy na czerwonym(;
Dinven przeżyła “chrzest ogniowy” (wodą ognistą) w kwestii picia alkoholu. Co prawda tyle tego co nic – odrobina wermutu na larpie i drobinka nalewki z pigwy na urodzinach znajomego(;. Larp udany – ale niestety “nawaliły” te osoby, które mogły mi nabruździć. A tak figa. Później było zbyt łatwo.
Wysłałam parę tekstów na konkurs zorganizowany przez lubelski oddział Związku Literatów Polskich. Mój pierwszy “większy” konkurs. Obaczym.
A teraz przechodzimy do meritum notki.
Przedwczoraj jadąc do pracy przyuważyłam wjeżdżając do Wawy kilka billboardów. “Rządzi PiS a Polakom wstyd”. Zawsze dość konsekwentnie unikałam tutaj wypowiedzi na tematy polityczne. Bywało, że miałam w głowie kompletny komentarz do bieżących zdarzeń, aż błagający o zapisanie. Jednakże zawsze gdy siadałam do komputera, dochodziłam do wniosku, że mam lepsze rzeczy do roboty. W tej sytuacji ograniczę się do bardzo krótkiej wypowiedzi.
No fajnie, w obliczu aktualnej sytuacji i burdelu “przy władzy” owe billboardy przemawiają do wyobraźni. Ale całe wrażenie pryska, gdy człowiek dokopie się do informacji o autorach owego przesłania. PO. I wszystko jasne. Znowu PO buduje swój wizerunek “negatywem”, stawiając się w opozycji do PiSu. Nie tędy droga, proszę państwa. Ja, jako “Polak” (a właściwie Polka) nie lubię kiedy ktoś mi mówi co powinnam czuć. Natomiast nie przeszkadza mi, gdy ktoś w kampanii wyborczej przedstawia konkretne i sensowne projekty zmian. Niestety, jakoś nie mogę się tego doczekać. Tworzenie wizerunku partii politycznej na zasadzie “Oni są be, a my nie” jest po prostu prymitywne i irytujące. Po robi tak od zawsze – niczego się nie nauczyli. Czy to kiedyś skutkowało? Nie. Dawało tylko broń do ręki PiSowi, który mógł się powoływać na “agresywną i nieskłonną do współpracy opozycję”. Tak było, jest i będzie dalej – dopóki w naszym kochanym kraiku nie pojawi się jakaś myśląca partia.
Pogarda, oszczerstwa – no niby racja. I co z tego? Były zawsze. A ostatnio narastają też dlatego, że partia opozycyjna zamiast zmądrzeć daje się wciągnąć w te gierki. A kiedy w garze się gotuje szumowiny wypływają na wierzch.
W ogóle, ostatnio staram się unikać tej całej polityki. Mon Dieu, mózgopląsu można dostać.
A dziś znowu do pracy. Ostatnio trafiłam na beznadziejne stanowisko, 8h stania przy taśmie. Kręgosłup napierniczał że hej, i jeszcze na koniec mnie zemdliło. Okropna robota, monotonnie i ten szum…
Miałam jutro jechać do Lublina, ale nic z tego. Z pracy wrócę koło 8 rano, nie wyrobiłabym na pks. Zresztą, kto po zarwanej nocy w robocie ma ochotę się tłuc 3h w jedną stronę.
Laptopa jeszcze nie kupiłam, ale już zauważyłam że ceny lecą. Mój “upatrzony” potaniał 200 zeta. Czekam dalej(;
cyrk na kółkach (czy jakoś tak to brzmiało)
Sierpień 21, 2007
Znalazłam dzisiaj (a ile dni już leżało – głowy nie dam) pod drzwiami pstrokaty podłużny papierek. Jakiś cholerny cyrk mi się reklamuje w okolicy. Nie lubię cyrków. Mam ciężki, nienaruszalny uraz od jednej wyprawy do takiego przybytku w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa. Czytam sobie papierek: “Ponad 60 zwierząt! wielbłądy, konie angielskie, kozy, małpki, gęsi (!), konie arabskie, lamy (na widowni też niejedna będzie…), osiołki (w tym wypadku też), kuce szetlandzkie, byk “Fernando” i…. ATRAKCJA! AFRYKAŃSKIE ZEBRY!”
Taaak… Prezentujcie, pasiaste siłą rzeczy, zebry, na tle pasiastego, brudnego, ponurego namiotu. Świetny efekt. Cudo.
W życiu w cyrku byłam może z dwa razy, i pamiętam, z jaką radochą wyczekiwałam tych momentów. Pierwszą wyprawę przetrwałam bez dostrzegalnych uszkodzeń psychicznych, ale ta druga… Ówczesny cyrk, nie pamiętam jak się zwał, Korona lub Zalewskich bodajże, szpanował bizonem. Bizonem. Nie żadnym krajowym żubrem, ale BIZONEM. Dla mnie, szkraba wychowanego ( a właściwie wychowującego się – byłam jeszcze w niewłaściwym wieku, dziw, że nikt mi tych książek nie zabierał) między innymi na prozie Karola Maya, prawdziwy BIZON był gratką nie do pogardzenia. Ciotka (sterroryzowana wrzaskami smarkaczy) zapakowała mnie razem z moim młodszym ciotecznym bratem do samochodu – i pojechaliśmy. Z przedstawienia pamiętam tylko krokodyle, właściwie to chyba kajmany były – nawet dla mnie, może 7letniego szkraba, wyglądały mało krokodylowato a bardziej kajmanowato (tu odzywają się inne książki – seria o Tomku Wilmowskim Szklarskiego). Spanikowane dwa lub trzy kajmany, tłukące się po arenie. Jeden podlazł pod sam brzeg, do miejsca przy którym siedziałam (pierwszy rząd). Kłapnął paszczą, zawinął ogonem.
Akrobatów nie pamiętam za cholerę, zawsze mnie nudzili. Czekałam tylko na zwierzątka. Wymachując świecącą palemką wypatrywałam w napięciu BIZONA. A figa. Okazało się, że za specjalną dopłatą można iść i obejrzeć go w “mini-zoo” – zagrodach i klatkach rozłożonych za namiotem.
Po “spektaklu” przeżyłam swoje pierwsze rozczarowanie. Koniecznie chciałam przejechać się na wielbłądzie. Było na zewnątrz takie stadko z poganiaczem. Ok. Ktoś mnie usadził i wielbłąd potruchtał w kółeczku z resztą. Było mi źle. Niewygodnie, śmierdziało… Z tym mogłabym się jeszcze pogodzić, w końcu zwierzak to nie pluszowy wyperfumowany miś. Ale i tak było mi źle. Już po zmroku, wszędzie panowała ciemność, rozświetlana od czasu do czasu rozbłyskami kiczowatych palemek i diabelskich rogów. Przygniotło mnie wtedy poczucie absurdu. Co te wielbłądy tutaj do cholery robią? To środkowa Europa, Polska, chłodny klimat, zimny wieczór, plucha, siąpiący deszcz… Tu wszystko było smutne. Nie pasowały tutaj. Były nieodłącznie związane z czerwonymi piaskami pustyń, zielenią oaz… Nie wyczuwałam żadnego “posmaku egzotycznej przygody”, tylko zmęczone zwierzę daleko od domu. Teraz to brzmi melodramatycznie, ale jako dzieciak odczuwałam to cholernie mocno. Cóż, byłam wrażliwym dzieckiem.
Później udaliśmy się do owych zagród, w poszukiwaniu bizona (oczywiście po wybuleniu odpowiedniej opłaty). Smutno i szaro. Błoto, kałuże, naprędce sklecone zagrody, pordzewiałe klatki. W końcu dostrzegłam bizona i poraził mnie jego ogrom. To był BIZON. Upadły, strącony gigant. Zawsze byłam drobnej budowy, a on wydawał mi się jak góra. Leżał ściśnięty w klatce mniejszej niż on sam, nie wiem, czy byłby w stanie się podnieść. Od czasu do czasu uchylał powieki. Tępy wzrok. Apatia. Zmęczone zwierzę. Zmęczone, zdychające zwierzę. Strącony kolos. Stałam tam i patrzyłam się, próbując dopasować w mojej dość bujnej wyobraźni, dwa wizerunki. Obraz bizona na prerii, wbity w moją głowę przez literaturę o Dzikim Zachodzie, i obraz tego biednego, dosłownie biednego stworzenia. Po chwili przestał budzić we mnie respekt i fascynację. Została litość i absolutny wszechogarniający żal.
I bezsilność. Jak mi było żal tego, niegdyś zapewne tak dumnego, stworzenia. Skończyć w ciasnej klatce, na widoku stad przypatrujących się przez pręty smarkaczy. Chciałam już tylko stamtąd wyjść.
Od tej pory nie lubię cyrków. Nie znoszę ich wręcz organicznie. Niech akrobaci trenują swój kunszt, proszę bardzo. Są wolnymi ludźmi, to ich wybór. Ale wara od zwierząt.
Ulotka wylądowała (jak melodramatycznie) w koszu na śmieci.
bittersweet
Lipiec 21, 2007
“half-bitterness we know we know half-sweetness”
Odrobinę słodko-gorzko mi. Nie dostałam się do Warszawy. Będę studiować w Lublinie, na UMCSie. Kulturoznawstwo. Praktycznie nie znam tego miasta, żywię pewne obawy. Ale z drugiej strony, w końcu się wyniosę z domu. Stancję już w praktyce mam, opłaciło się rozejrzeć wcześniej. Jakieś 15 minut marszem do uczelni, w linii prostej.
Nie ukrywam. Wolałabym iść do Warszawy na UW. Jest bliżej, o wiele lepszy dojazd. Chcę zwiać z “domu”, ale na tyle, na ile miałabym w razie czego nie tak strasznie daleką (i drogą) trasę do przebycia. Taka swoista asekuracja.
Ciekawe, jakich ludzi będę miała na roku. Mam nadzieję, że ciekawych. Zresztą, to chyba na tyle specyficzny kierunek, że nie ma obaw by trafił tu ktoś nudny.
Tak, teraz to ja nudzę. Nic nie poradzę, już od dłuższego czasu nie potrafię pisać. Niedawno przegapiłam iskierkę “weny”, kilka wersów, które “same” ułożyły mi się w głowie. A ja głupia nie zapisałam. I zapomniane. Brakuje mi tej iskry, tych małych przebłysków. Można powiedzieć, że gwiazdy znowu śmieją mi się prosto w twarz.
Zdycham przez te cholerne upały. Nie wychylam nosa z domu, chyba że już NAPRAWDĘ muszę. W środę trzeba było jechać do Lublina, zawieźć papiery na UMCS i obejrzeć stancje – rany, jaki skwar. Na domiar złego z trzy razy bym się zgubiła. Nie ma co, ładny początek.
Acha. Wiersze na dziś. “The half moon” Christiny Rossetti i “Do Bittersweet” Bertolda Brechta.
Tak. Właśnie.