.

listopad 10, 2009

Najgorsze chyba jest to, że tak naprawdę

na niczym mi nie zależy.

.jesienna depresja

listopad 17, 2008

Przy takiej pogodzie przypominam sobie że nie jestem już nastolatką, studiuję na absolutnie niepraktycznym kierunku, jestem paskudnie leniwa, złośliwa i coraz bardziej siwieję.

Nic, tylko siąść w jakimś mrocznym kąciku, odpalić bardzo emo-cjonalną muzyczkę i pobawić się zdezynfekowaną żyletką (zakażeniom krwi mówimy stanowcze nie).

Sensu, sensu! Słońca, słońca!

raczej nic nowego

październik 10, 2008

Egzamin poprawkowy oczywiście zdałam, i studiuję sobie w najlepsze. Tyle że posiali moja kartę poprawkową w dziekanacie, musiałam biegać do SZ.P. Doktora i sama zadbać o wpis. Indeks i kartę egzaminacyjną oddałam już do dziekanatu, a z poprawkową nie mogę się dopchać. Ludzie teraz składają podania o stypendia – takich kolejek to już dawno nie widziałam. Mała zagwozdka, bo w sumie już najwyższy czas na oddanie tej karty.

Nowe mieszkanie jest w sumie w porządku, nowe współlokatorki również. Ale oczywiście nie może być idealnie – wszystkie sprzęty się ostatnio pierniczą. Pomijając juz fakt, że nie zamykają się drzwi i dwóch pokojach ( w tym w naszym), to: pierniczy się spłuczka w toalecie (na szczęście wiemy, jak to naprawiać na bieżąco), piekarnik (elektryczny) przy pierwszym uruchomieniu wywalił wszystkie korki w domu, a elektryka jak nie było tak ni ma. Odkurzacz, po powrocie z “naprawy”, dalej nie działa. A przedwczoraj poszła w cholerę uszczelka od “kolanka” pod zlewem. W trakcie zmywania naczyń. Nic, tylko było regaty robić na tej podłodze. Jakoś to zmontowałam, ale jak na razie – prowizorka. To był beznadziejny dzień, miałam ochotę wymordować całe swoje otoczenie. Od dłuższego czasu nie byłam tak zdenerwowana, na domiar złego, rozwaliłam sobie moje ukochane dżinsy. yay.

Na uczelni będzie trochę zapierniczania, jak na razie mam w planie z 3 dni “od rana do wieczora”. Odzwyczaiłam się, jest ciężko. Najgorzej z porannym wstawaniem. Zresztą, teraz jestem na kompie tylko dlatego, że źle się czuję i odpuściłam sobie wykład. Normalnie w piątki siedzę do późnego popołudnia na uniwerku.

Ogółem trochę pusto i dalej nie mogę niczego napisać.

.już nie nastolatka

wrzesień 11, 2008

Dwudziestka wylądowała mi na karku, dziękuję wszystkim którzy znosili mnie przez większą lub mniejszą ilość lat(; Przemęczycie się jeszcze trochę.

Tak właściwie to ten dzień nie różni się zbytnio od innych. Żadnego drgania serca, migotania przedsionków czy kłucia w wątrobie. Czyli chyba nie jest ze mną jeszcze najgorzej(;

Szczerze mówiąc, nie mam żadnych specjalnych życzeń urodzinowych. Ot, chciałabym być nieco mądrzejsza, nieco mniej impulsywna – standard. Ale to samo (chyba) przyjdzie z czasem.

Bardziej prozaicznie – kucie do egzaminu jakoś mi specjalnie nie idzie. A co więcej, okazało się, że będę musiała siedzieć w Lublinie TRZY dni z powodu jednego egzaminu. Kochany Pan Doktor ustalił termin na środę o godzinie 17.00. A ja muszę odebrać z dziekanatu jeszcze kartę egzaminacyjną – w środy dziekanat zamknięty. Czyli jadę we wtorek z samego rana. A wracam w czwartek – w środę nie będę miała już jak dojechać do domu  tej godzinie. Yay. Czyli dwie nocki w akademiku, w Feminie. Kobieta z administracji zapewniała, że będzie miejsce. Mam nadzieję.

Tak ogólnie to za dużo się ostatnio wieczorami włóczę, zamiast siedzieć nad notatkami. I, co gorsza, nie gryzie mnie z tego powodu sumienie. Jestem chyba zdeprawowana.

Hej

sierpień 31, 2008

Czy znasz to uczucie, że oglądasz się za siebie i widzisz dymiące zgliszcza, z dopalającymi się jeszcze gdzieniegdzie kawałkami? Takie ciemne melodramatyczne pogorzelisko.

Patrzysz sobie na nie z dystansu i wzruszasz ramionami, bo nie moje bo inne bo daleko z tyłu i takie jest banalne, że nie może mieć nic wspólnego ze mną.

Tutaj powinnam zastosować jakiś chwyt retoryczny, ale chyba z tego zrezygnuję.

Nagle – tadaaam, lecą serpentyny, strzelają petardy i wyskakuje diabeł z pudełka – nagle te ruiny znajdują się niebezpiecznie blisko, otaczają cię, czujesz ten wirujący w gardle smród, dym wbija ci się w oczy. Hej, to moje. To ja. Znasz to uczucie, gdy wszystko czym gardziłeś, na co patrzyłeś z góry, czego się bałeś, co odsunąłeś pojawia się nagle przed tobą z szyderczym grymasem na twarzy. I trzyma w dłoni dość wymięty powitalny bukiet.

Narosło w tobie gdy ty gnuśniałeś. Ślepiec z którejś bajki, mamy ich od groma i ciut ciut. Kiedy byłam mała, uwielbiałam baśnie. Pochłaniałam je bez przerwy, aż stałam się postrachem bibliotekarek. Szukałam tych najmniej znanych (baśni oczywiście, nie bogu ducha winnych kobiet w okularach), zarówno podań ludowych jak i opowieści z dalekich stron. Ale nauka poszła w cholernie daleki i ciemny las. Dziecko urosło, nie pamięta już chyba żadnej baśni, właśnie wtedy, gdy są potrzebne.

Diabeł z pudełka. Diabeł. Jaka tkwi pod tym metafora chyba każdy rozumie. I nie, nie chodzi mi o takiego nadmiernie opalonego kolesia z rogami i zakręconym ogonkiem.

Mój diabełek, mój. Tyle, że wcale nie jest pocieszny. Wrósł we mnie tak mocno że nie odróżniam jego tkanek od pozostałych.
Wszystkie drobne niegodziwości. Kiedy to się stało.

Tylko dlaczego teraz tak pusto.

Teraz widzisz. Oczy masz rozwarte jak niebo w czasie burzy.

Jestem małym przyczajonym potworem, jednym z tak wielu. Żywimy się odłamkami dni i ludzi z których wyrastamy. Bawimy się słowami, bo tylko to nam tak naprawdę wychodzi, a i nie zawsze. Nawet nieczęsto. A może wcale. Jesteśmy obojętnością i lekceważeniem. Tchórzostwem i głupotą. Jesteśmy tym, co jest tak marne, że nie załapało się w poczet grzechów głównych.

Zawsze uważałam, że tychże powinno być osiem minimum. Z głupotą ponad pychą. Chociaż jedno z drugim się wiąże. Ale może jest dobrze jak jest, inaczej nie ostałaby się żadna nadzieja dla ludzkości.

Wiem już, że można upić się z czystej rozpaczy (nie czystą rozpaczą czy nawet czystą, tą świadomość miałam wcześniej). Nie zawsze warto dzielić świat na białe i czarne (dobrze, już się streszczam). Na taki luksus mogą pozwolić sobie tylko silni ludzie, a jak do tej pory żadnego nie spotkałam. W lustrze też nie zauważyłam. Może do tego potrzebne jest specjalne lustro, jak myślisz? Czy tylko “specjalne” oczy albo połączenia nerwowe?

To trochę boli, tak obejrzeć się i dostać Cudownego Kopniaka Oświecenia + 5.

Hej, jestem tutaj. Nie patrz na litery, one kłamią. Są patetyczne i nadęte, poukładałam je zresztą tak jak miałam ochotę. Patrz na mnie. Zobacz we mnie to co wysnuwa się z zakamarków bezsennych nocy, gdy zaczynasz myśleć. Świadomość, że zbyt wiele razy tego nie robiłeś.

Możesz powiedzieć o sobie, że zawsze robisz to co słuszne, że za każdym razem przemyślałeś sprawę, że nie działasz pod wpływem głupich impulsów, że nie odczuwasz zawiści, nie ponosi cię złość, nie poddajesz się nie moja wina nie moja wina nie moja bardzo niewielka wina?

Tak? Zazdroszczę. Ja nie.

Pomimo tych wszystkich splecionych przeze mnie, według mojej woli, mądrych lub głupich, słów – tak naprawdę wiem tylko to, że jest już piąta nad ranem i nie mogę zasnąć.

Właściwie to nic

czerwiec 18, 2008

Piszę sobie tylko ot tak, bo mam naprawdę paskudny humor.

Co do jutrzejszego egzaminu, jestem już nastawiona na wrzesień. Nic mi nie zostaje w głowie z tej nauki.

Denerwuje mnie, że znowu zostałam sama w mieszkaniu. Nienawidzę tego. Teraz mnie nosi od ściany do ściany od okna do drzwi. Denerwuje mnie, że jutro idę na uczelnię właściwie tylko dla picu. Denerwuje mnie, że muszę zanieść książki do biblioteki. Denerwuje mnie, że trzeba iść do pracy w wakacje, a nie mam żadnych porządnych perspektyw. Jeszcze bardziej mnie wpienia myśl, że miałabym znowu jeździć do tego cholernego technicoloru. Denerwuje mnie tej niewydarzony szczur, który akurat WŁAŚNIE TERAZ musi się psuć. Denerwuje mnie, że nie mogę znaleźć stancji na następny rok. Ogółem mnie wkurza, że muszę się stąd wyprowadzać. Denerwuje mnie konieczność spakowania tych wszystkich klamotów, a co za tym idzie, pójścia do jakiegoś sklepu po kartony.

Denerwuje mnie fanatyzm, “jawszystkonajlepiejwiedzizm”, olewactwo i pogarda. Wkurwia mnie lekceważenie. Hipokryzja i wycieranie sobie gęby hipokryzją innych. Generalizowanie. Denerwuje mnie moja niemożność i brak chęci do czegokolwiek, a już tym bardziej do klecenia wyrafinowanych epistoł . Denerwuje mnie zaślepienie, chwytanie się jednego schematu myślowego i wyłączanie reszty czynności mózgu. Bezkrytyczne przyjmowanie idei, piana na ustach tzw “neofitów”, tworzenie pięknych wywodów i argumentacji w oderwaniu od prozy życia  i zwykłego zdrowego rozsądku.

Denerwuje mnie, że mam w sobie aż takie pokłady agresji. Że zwyczajnie wybucham kiedy ktoś nazwie mnie frajerem i idiotką – ale szlag, mam do tego święte i niezbywalne prawo. Trzeba liczyć się z konsekwencjami własnych słów.

A nade wszystko denerwuje mnie głupota i bezmyślność. Brak świadomości znaczenia tego, co się powiedziało. Uwieszenie się  za frak nietykalnego guru i wtłaczanie całego świata w ramy jednej ideologii, przy jednoczesnym lekceważeniu tych, którzy myślą inaczej.

Mam gdzieś poglądy innych, w znaczeniu, że nie przeszkadzają mi one (dopóki są nieofensywne, oczywiście). Jestem z natury bardzo tolerancyjna, niech każdy wierzy sobie w co chce, nie moja sprawa. Wkurzam się dopiero, gdy ktoś deprecjonuje mój sposób widzenia świata. I wtedy przestaję nad sobą panować.

Amen, cholera.

Przepomniałam i niechcący ominęłam – 20 maja minęło 5 lat bloga Dinven. Ten na wordpressie traktuję jako naturalne przedłużenie owego na blog.pl .

Statystyk nie podaję, bo prowadzę je dopiero od dwóch lat.

Przydałoby się jakieś podsumowanie zmajstrować.

Ja – nie jestem już zakompleksioną uczennicą gimnazjum ze skłonnością do użalania się nad sobą (no, może troszeczkę). “Przemroczyłam już swój mroczny czas”, pomimo, że nadal mam stanowczo zbyt rozbudowaną wyobraźnię, to nie przekładam jej nad życie codzienne. Ot, nadmierne dołowanie się jest czymś, z czego się zazwyczaj wyrasta. Jeśli kogoś bawi czytanie mhocznych żalów nastolatek, to zapraszam do mojej starej “samotni”(;. Nie wstydzę się tamtych notatek – to już za mną, a próba przekłamania tego kim byłam, na swój sposób zaprzeczałaby mojej aktualnej tożsamości. Na przestrzeni czasowej maj 2003 – listopad 2006 – czerwiec 2008 zmieniłam się niesamowicie. Gdybym spotkała jakimś cudem tą dawną “mnie”, potraktowałabym ja pobłażliwie, jak małą, smutną dziewczynkę, która troszkę za bardzo się przejmuje otaczającą ją rzeczywistością. To dość zabawne, biorąc pod uwagę, że nie cierpię pobłażliwego traktowania<;. Co więcej? Stałam sie odrobinę bardziej realistycznie nastawiona do życia, znacznie spokojniejsza i bardziej wyciszona. Ale nauczyłam się też nie tłumić emocji w niektórych sytuacjach – czasem dobrze jest pokazać co się czuje.

W moim domu miało miejsce kilka ciekawych zdarzeń – w efekcie rodzice się rozwiedli. Nie było łatwo, ale po tych paru latach wiem, że to nie takie złe rozwiązanie. Jak dalej – zobaczymy. Czasem po prostu nie ma dobrego wyjścia.

Zdałam nie najgorzej maturę. Ale rewelacyjnie też nie, więc wyników przypominać nie będę(;.

Przewinęłam się przez trzy miejsca nauki. Gimnazjum nr 4 – które wspominam źle. Liceum ogólnokształcące nr 2 im. św. Królowej Jadwigi – wspominam całkiem nieźle. Kulturoznawstwo na UMCS w Lublinie – jeszcze nie wspominam i mam nadzieję, że za szybko nie będę musiała(; . Nie wiem, czy coś wyjdzie z mojego przeniesienia na UW – szczerze, brak mi entuzjazmu. I średniej, bo się nie przyłożyłam<; . Może za rok… Może.

W ostatnie wakacje poszłam do pierwszej, dorywczej, pracy. W tym roku muszę znaleźć coś innego – skręca mnie na samą myśl o pakowaniu płyt. Btw, wie ktoś może, ile trzeba czekać na zwrot podatku, gdy wprowadzało się zmiany w formularzu NIP?

Zaczęłam pić alkohol – koniec sierpnia 2007. Ot, taki drobiażdżek. Oczywiście bardzo umiarkowanie – niestety, mam słabą głowę. Jedno piwo mi wystarczy. Z drugiej strony – to całkiem ekonomicznie.

Rok temu (prawie, pod koniec września) kupiłam swój pierwszy “mójwłasnytylkomój” komputer (poprzedni dzieliłam ze starszym bratem). Owe zdarzenie poprzedziły paromiesięczne deliberacje, pytania o porady i grzebanie w necie na temat poszczególnych egzemplarzy. Wybór w końcu padł na tego pieszczocha. Po roku nie narzekam – jedynymi wadami tego kompa, tak jak przewidywałam, jest Vista i mała ilość ramu. Pamięć dokupię w swoim czasie, Vistę da się przecierpieć. Klawiatura za to jest jak najbardziej w porządku – tylko na zdjęciu wyglądała tak źle. “Pieszczoch” w tym momencie ma 2,20 GB wolnego na dysku C i 957 MB na dysku E. Dodam, że jego pojemność do 120 GB. I przeżywał już kilkukrotną archiwizację danych na dvd. Kiedy zbiorę się w sobie i kupię dodatkowy RAM – rozejrzę się chyba jednocześnie za dyskiem zewnętrznym.

Przeprowadziłam się. Powód – oczywiście studia. Z Siedlec do Lublina. Samodzielność? Raczej sobie radzę. Z przystosowaniem trochę gorzej, ale źle nie jest. Miasto jak miasto.

30 października 2007 – założyłam konto na LastFM. Według takiego małego gadżeciku zaliczam się do “otwartych umysłów”. Dzięki temu serwisowi poznałam parę naprawdę sympatycznych zespołów. Ogółem – zaprocentowało. Na plus.

Pierwsza sesja na uniwersytecie została zaliczona szybko, bezboleśnie i bez poprawek. Nie wiem, jak będzie teraz – jutro czeka mnie pierwszy w życiu (nie licząc ustnej matury) egzamin ustny “na poważnie”. Niech się dzieje wola nieba… W czwartek poprawa kolosa z logiki – auaaa… zabierzcie to ode mnie. 19ego egzamin – postrach. Semiotyka. Nie wiem jak się tego nauczyć, będę zadowolona jak dostanę trójczynę. Ech, oto jak człowiek traci ambicje i ideały(;

Damm, w oderwaniu od życia uczuciowego i intelektualnego, to podsumowanie brzmi strasznie… płasko i banalnie. Nie zrobiłam niczego, za co można by mnie pochwalić. Ale na szczęście nie popełniłam chyba żadnego na tyle poważnego błędu, aby ktoś mógł mnie potępić. Żałośnie to wygląda. Kto nie ryzykuje – nie żyje. Czy naprawdę?

Urwał mi się kontakt z niektórymi ludźmi – w kilku przypadkach wyłącznie z mojej winy. I żałuję tego, bo jak tu nie żałować. Jeśli cokolwiek mogę odzyskać – postaram się.

Kiedyś miałam pasję życia. A teraz jestem spokojna jak nigdy. Dorosłość nie okazała się przyjemna czy też niemiła. Ot, jest i tyle.

Heaven’s Not Enough - Steve Conte

Tak jak w tytule. Zmęczona jestem właściwie niczym. Siedzę w trakcie projektu na socjologię, uczyć z logiki przydałoby się zacząć, przy okazji też z historii kultury. Jutro kolos z angielskiego – to akurat luzik, tylko trzeba wstać z samego rana.

Choruję sobie od jakiegoś czasu. Odkąd przyjechałam do Lublina co rusz mnie jakieś cholerstwo łapie. Krótko po tym jak wydarłam gardło na wesołym miasteczku (Voyager wymiata! ) i poprawiłam lodami – bezgłos. Ból gardziołka, później koszmarny katarek, a na końcu kaszel jak u suchotnika. Mon, kocham to.

W ostatni weekend byłam w domu na ślubie Rumiankowej i Wasika. Przesłodko(; Wszystkiego najlepszego w nowym stanie cywilnym!;*    Tylko ciekawi mnie kto się na ślub wysypał totalnie jakimś różowym brokatem – musiałam się o tą osobę otrzeć wychodząc z kościoła. Yay, zawsze chciałam mieć rękaw płaszcza w brokacie!;D Frapujące(;  Niestety, nie zawitam na “wesele dla znajomych” w tym tygodniu – nie bardzo jestem w stanie robić sobie wycieczki co tydzień. Kurczę, szkoda.

*przerwa na kaszel*

Ekhm. No. Ten tego. Dalej brakuje mi sensu. Może za wiele oczekuję. Nie potrafię się wyłamać z marazmu, może w następnym semestrze… Ale co do tego czasu? Nic nie przykuwa mojej uwagi na dłużej, a jeśli już czemuś się uda, to z kolei ja nie przejawiam większych zdolności w owym kierunku. Heh, życie jest tak obrzydliwie prozaiczne, a ja za dużo czasu spędzam we własnej głowie. Mam stanowczo zbyt bujną wyobraźnię.

Koniec nudzenia.

Ike Yoshihiro, Centzontotochtin - z Ergo Proxy OST opus01

Kompilacja miesiąca

kwiecień 25, 2008

* Ok, jestem już oficjalnie usankcjonowanym piratem drogowym. Jeszcze tylko odebrać papierek i można szaleć. Tylko czym. Kpina, samochodu nie mam i nie będę mieć w najbliższym czasie – bo po cholerę. Ot, kawałek plastiku jest mi potrzebny jedynie na przyszłość. I zawsze to jakiś plus przy poszukiwaniu pracy. Przynajmniej problem z głowy. Phhh, już drugi egzaminator mnie nawet pochwalił, że bardzo dobrze jeżdżę. I dopiero on mnie nie oblał. Boki zrywać. Chociaż poprzednim razem to tylko moja wina była i mojej bezmyślności. Zarąbałam na parę minut przed końcem, koleś kazał mi jechać na jakąś stację benzynową z nakazem skrętu. Przede mną jechał jakiś facet, który skręcił PRZED znakiem. A ja nie pomyślałam i pojechałam za nim. Ot, impuls, ale to już podpada pod niestosowanie się do znaków – i kaput. A ojciec powtarzał, żeby na innych idiotów uwagi nie zwracać.

* Na uczelni zaczyna się jazda – termin projektu na socjologię już jest, kolos z logiki był. Czas zapiernicza jak … jak… no dobra, nie mam na myśli żadnego niebanalnego porównania. W każdym razie, będę miała co robić w najbliższym okresie. Leń mnie dopadł i nie chce mi się wysuwać nosa z mieszkania na uczelnię. Ale trzeba, zmuszam się jakoś. Hell, nie mam na nic ochoty, nic mi się nie chce.

* Dochodzę do wniosku, że niezależność jest dla mnie stanem niezbędnym. Wpiszę się lub wyłamię z emowatego nurtu (bo niejasne to trochę) i stwierdzę, że mało zdolna do wyższych uczuć jestem. A w każdym razie tylko do wybranych (uczuć). Lub nie. Hm, niezła zagwozdka logiczna, szkoda że nie potrafię rozpisać tego na algorytm. Zresztą – emowatość to chyba nadwrażliwość? A czy emowate jest roztkliwianie się nad własną znieczulicą? Chyba też. Nevermind. A, już wiem. Jeśli jestem w stanie się roztkliwiać, to znaczy, że tak naprawdę jestem bardzo wrażliwa i ta bajka o braku wyższych uczuć jest – właśnie – bajką. Ale z drugiej strony, mogę takie zachowanie złożyć na karb zwykłej emocjonalnej niedojrzałości. Jak słodko i homantycznie.

* Taaaak, wkurzona dziś trochę jestem. Właściwie to od jakiegoś (krótkiego) czasu. Bo przez wcześniejszy (dłuższy) czas było mi całkiem nieźle. Pomimo posiadania pewnych cech osobowości androgynicznej – jestem cholera kobietą i mam prawo do wahań nastroju.

* Byłam na wycieczce (jeśli ktoś woli bardziej formalną nazwę – objazd naukowy) z ludźmi z mojego kierunku ( i roku). Lublin – Zamość – Guciów – Lublin. Hell ya. Nie było źle, nawet fajnie. Ot, okazja do wyluzowania. Nie zgubiłam się w Zamościu ( do tego trzeba by mieć talent – może w nowszej części nie byłoby to takie trudne, ale na starówce?). Najmilej wspominam wystawę w Arsenale – yaaaaay, ta broń. Człowiek nie wiedział gdzie patrzeć.

W Guciowie (swoisty skansen) też w sumie za ostro się nie wynudziłam. Chociaż całą radość z wycieczki przytłumiły (nazwijmy to po imieniu -przywaliły w łeb, zafundowały betonowe buciki i wrzuciły do jeziorka) przemowy oprowadzającego nas (właściciela? opiekuna?) po budynkach. Pan niestety chyba pierwszej trzeźwości nie był, no cóż, bywa. Do pewnego momentu mówił nawet ciekawie, i sporo interesujących elementów wyposażenia starego domu pokazał. Btw, siedzenie w kucki opierając się o leżący ścięty pień wcale NIE jest wygodne. Humoru nie poprawiała mi niesamowita wręcz gorycz wysłuchiwanych słów. Ów pan mówił momentami z sensem, ale ukrył to pod takim nawałem lamentów i uwielbienia dla idei powrotu do korzeni – tzn do tańców przy ognisku i zachowań pierwotnych. Naprawdę rozumiem zachwyt nad regionem – bo Roztocze JEST piękne. Rozumiem żal z powodu lekceważenia lokalnych cudów przyrody. Doceniam kolekcję minerałów i skamienielin – bardzo ciekawe. Ale kurczę, takie teksty tam czasem odchodziły… Może jestem nastawiona negatywnie z powodu lekko “podciętego” zachowania oprowadzającego, ot, to taka moja antypatia. Gryzły mnie zwierzenia o zakrapianych “zabawach” przy ognisku, o wyjazdach na zjazdy na których “i tydzień potrafił zabawić, to ostatnio żona go nie puściła”. Nie dziwię się żonie. Jestem zła i niedobra i w ogóle be, bo jadę teraz nie po jego pracy naukowej, ale po życiu osobistym. Cóż, ja wścibska nie byłam, usłyszałam to wszystko bez jakiejkolwiek zachęty. I mam święte prawo wyrobić sobie powierzchowne zdanie. Phhh. I wyjście do zwiedzających po paru głębszych uważam za olanie. Btw, córeczka właścicieli to słodki dzieciak. I może dlatego się tak rzucam, bo koleś przypomniał mi ojca w podobnym stanie – ten sam ton, sposób mówienia i gestykulacji, rozwlekły, nielogiczny, filozoficzny. Ot, człek na procentach. Nastawiło mnie to negatywnie, fakt.

Gospodarz zastrzelił mnie szczególnie wyznaniem dotyczącym tłumienia naturalnych instynktów. Chodzi o to, że gdy wybiera się o ciepłych porach roku do Lublina, to gdy widzi te wszystkie piękne, chętne, ubrane “no tak” młode kobiety, co co drugą by bez zastanowienia “pokrył”, gdyby nie ramy narzucone przez społeczeństwo. W tym momencie z całej siły starałam się spojrzeć na sytuację jako na znakomitą okazję do ćwiczenia zachowywania “kamiennej twarzy”. Sprawiał wrażenie, jakby wg niego wszyscy powinni zachowywać się pod tym względem jak ludzie pierwotni. No cóż, ja w tej sytuacji jestem z tych ograniczeń cywilizacyjnych całkiem zadowolona – jak zakładam bluzkę z dekoltem czy coś w tym stylu, to dlatego że chcę WYGLĄDAĆ, a nie że jestem “chętna”. Tylko tego mi by brakowało, niespodzianek na ulicy. Jak to w tym starym dowcipie – “czytam w twoim sercu jak w otwartej księdze” , “a czytaj sobie, czytaj, tylko nie dotykaj łapami okładki”.

W każdym razie – gdy nie zbaczał na tematy “filozoficzne”, to mówił całkiem ciekawie. A sama wystawa jest naprawdę warta polecenia. Nie miałam wcześniej pojęcia, że słomiane strzechy są aż tak wytrzymałe (i nie ma w tym ironii).

* Acha, Dragon 2008. O samym konwencie się nie wypowiem, bo rano w sobotę zawiozłam swój sprzęt do komputerówki (oczywiście po drodze zabłądziłam, no bo jakżeby inaczej) i się po krótkim czasie zmyłam, by wrócić dopiero następnego dnia wieczorem. Oczywiście na larpa. Tym razem w klimatach Triguna – planeta Gunsmoke. Ok, było bardzo fajnie. Ciekawy scenariusz, dobrze i zabawnie rozpisane role. Ludzie się wczuli, parę akcji zostanie w mojej pamięci na dłużej (“Człowiek-guma” wymiata). Przeżyć – nie przeżyłam, bo jeden gracz wysadził bar w którym toczyła się akcja larpa. Bardzo, ale to bardzo nie lubię podobnych numerów. Jest taka zabawna zasada, które nie powstała ot tak od czapy – graj i pozwól grać innym. Polecam niektórym trochę nad nią pomedytować.

* Ogólna konkluzja – ludzie to w większości banda sukinsynów. Dostałam na maila kolejny łańcuszek żerujący na czyimś prawdziwym nieszczęściu. Oczywiście razem z pełną bazą danych zawierającą adresy e-mail tych, przez których ta wiadomość się przewinęła. Nic, tylko siąść i spam rozsyłać.

* Lubię, kiedy moje otoczenie ma świadomość, że jak mówię “nie”, to znaczy “NIE”. Żadne “chyba” czy też “być może”. Zwyczajne “nie”.

* I tak, jestem wkurzona. To chyba widać. Ot, chwilowe zaburzenie dobrego nastroju. Przynajmniej pogoda jest piękna, to stanowczo na plus. Zaraz wracam trawić mój czas nad socjologią – to na minus. Mam trochę dobrej muzyki – plus. Nie potrafię niczego napisać – cholerny długi minus. Moje poczucie własnej wartości ma się nieźle – plus. Ale od czasu do czasu zdarza mu się leżeć i zdychać – minus.

Szlag, jakoś brak mi poczucia sensu w życiu. Ogółem – bilans ujemny. Tęsknię za jakimś punktem zaczepienia.

The Verve, Bitter Sweet Symphony

Czasem brakuje mi w życiu jakichś wartości. Jakiegoś punktu odniesienia. Bo nie mam tak naprawdę niczego ponad codzienność, na czym mogłoby mi zależeć.

W towarzystwie niektórych ludzi czuję się po prostu źle. I nie wiem, co z tym zrobić.

Ogółem ostatnio było  tak dobrze, tak normalnie – i jak zwykle musiała mnie łupnąć w potylicę świadomość jakaś, świadomość czegoś.

Głupie pytania jeszcze głupsze odpowiedzi. Szlag szlag szlag.

*poszła się pozbierać*