Sesja. Cóż dodać więcej

styczeń 24, 2009

Mr. Big – Take Cover

Nie wiem, może to tylko ja, ale czy miewasz czasem wrażenie, że napisałeś już wszystko, co mogłeś napisać, wymysliłeś i stworzyłeś coś w takiej ilości, że zatrzymałeś się na swojej własnej granicy, na nic wiecej cię nie stać. Kiedy starasz się, przez głowę przelatują ci tylko strzępki starych pomysłów. Takie ogniste, złośliwie chichoczące czaszki z kreskówek, przelatujące nad głową. Co przed tobą, czy przyszłość będzie się w czymkolwiek różnić od teraźniejszości, to czy nastąpi jest w tej kwestii mniejszym problemem. 

Znowu brak słońca, jest szaro, boli mnie głowa, mam nadzieję że to nie grypa, której epidemią juz straszą na wszelkich portalach “informacyjnych”. Zrobiła się ze mnie gorsza jęczydusza niż zazwyczaj. 

Zaliczenia w sumie za mną, jeszcze tylko informatyka dorwę i wpis z historii literatury mi potrzebny. W poniedziałek egzamin, nie przeczytałam jeszcze wystarczającej ilości książek. Siedzę i czytam i piszę i zaraz kręćka dostanę. Z imprezy zrezygnowałam, bo jak wstanę od tego wszystkiego, to już nie wezmę się znowu. Zresztą, nie mam czasu.

Dorwałam kilka płyt Mr. Big i słucham ich w kółko. Dobra muzyka. Bardzo dobra. Zaczynam wracać do rocka. Wzięło mnie jakoś po obejrzeniu anime Beck, nieraz słuchałam muzyki tego typu, ale oddaliłam się od niej ostatnio na rzecz przeróżnych eksperymentów. Powrót. Kawałek, który męczę w tym momencie to Take Cover. Akurat to wideo jest beznadziejnej jakości, ale i tak warto posłuchać. Wokalista to facet, zaznaczam, oglądając teledysk mozna się pomylić. Niektórzy pewnie kojarzą, Shine robi za ending do anime Hellsing. A nagranie, przez które zaczęłam szczerze żałować, że zespół się rozpadł i nie będę miała możliwości posłuchać ich na żywo znajduje się tutaj. Pooooleeecam. Acha, i zakochałam się w głosie z samego poczatku utworu A Little To Loose. Mrr, to właśnie lubią tygryski.

Router się pierniczy. Zasilacz się spalił, wymienili nam w sklepie. Ale sam router też zaczął robić jazdy, co jakiś czas trzeba go restartować bo odcina net. Poblokował też porty, złośliwiec jeden. Jeszcze miesiąc gwarancji, za parę dni skoczę do sklepu i ładnie poproszę o zrobienie czegoś z tym.

i tyle.

.armagedon za pasem cz.2

grudzień 19, 2008

No dobra, druga część jest, bo w pierwszej się dość mocno rozpisałam, a żeby nie przedłużać, podzieliłam. Ale trzeciej może nie być. Chyba.

Dotarłam w końcu do domu, rodzicielka krąży po pokojach jak tygrys. Zamówiła komplet wypoczynkowy, i od tygodnia go przywożą. Za pierwszy razem – o obiciu w innym kolorze. Przeprosiny, pomyłka, załadowali spowrotem i pojechali. Drugi raz – to samo. W kulki sobie lecą? Nie mają w magazynie tamtego koloru i próbują wcisnąć ten? Następnym razem po prostu nie przyjechali. Szanowna matula wkurza się bardzo łatwo (i mocno, mnie za to naprawdę wpienić jest ciężko, ale intensywnością potrafię straszyć jeszcze bardziej). Na czwarty raz umówiła się z nimi na czwartek przed 12.00. Przed, bo później jechałyśmy na potężne zakupy do centrum. 11.00, 11.30 , 12.00 … Dzwoni kobieta z firmy i pyta, kiedy matka będzie w domu. No ja pier… Mateczka podziękowała i rzuciła słuchawką. Oczywiście trzeba było się po tym na kimś wyładować, zgadnijcie na kim?

Na domiar złego, dostałam wtedy wiadomość na gg od sołtysowej roku – nasza ukochana pani profesor w końcu sprecyzowała prace na zaliczenie. Dwie. Wcześniej wiedzieliśmy o jednej. Druga ma zostać napisana z 25 pisarzy i 25 książek (biografia, analiza i pytanie o odniesienie do współczesności). I teraz dowcip. Termin – 6 stycznia. Zgon. To nie jest jedyna rzecz, którą mam do roboty w związku z końcem semestru, a będąc w Siedlcach, jestem siłą rzeczy odcięta od biblioteki UMCS-u. Hej, mamy święta. Czyli sprzątanie, zakupy, przygotowanie Wigilii, ogólna nerwówka rodzinna. I 25 PISARZY I 25 KSIĄŻEK DO OPRACOWANIA. I reszta projektów. I nauka do egzaminów i zaliczeń. Do 6 stycznia. Chyba trzeba będzie pocwaniakować, bo inaczej tego przedmiotu nie ugryzę. Depresja.

Meble przyjechały wieczorem, tym razem te, które się kupiło. Jak rodzicielka wcześniej szaty darła, że stara kanapa jest stara i niewygodna, teraz jej nie pasuje nowa kanapa i fotele. Bo inne. Bo nowe. Bo kanapa twarda (wyrobi się przecież z czasem, ne?), bo fotele za wiele miejsca zajmują (trzeba było myśleć wybierając, ja się pytałam, gdzie zamierza te fotele wstawić), bo poręcze drewniane (jak wyżej, uprzedzałam, że średnio wygodne będą), bo nie wiadomo jak rozstawić (jak wyżej). Pokrótce mówiąc, zła jak osa. I demonstruje tą złość, oj demonstruje.

Naprawdę nie rozumiem, jak można się tak wszystkim przejmować. To szukanie czegokolwiek, do czego możnaby się uczepić. Szkodliwe i dla danej osoby, i dla jej otoczenia. Ale niektórym nie dogodzisz. 

Btw, firma od tych mebli to ABRA (wiem, wredna jestem, ale tego podwójnej błędnej dostawy i olewania klienta nie daruję. Odniosłam wrażenie, jakby komplet z jasnym obiciem im zalegał w magazynie i chcieli go po prostu komuś wcisnąć, zamiast męczyć się ze ściąganiem ciemnego z innego miejsca. W myśl zasady, lepszy wróbel w garści niż skrzypek na dachu (czy jakoś tak to szł0). 

Informacja pogodowa – od paru dni mgła jak w Silent Hill, zimno jak w którymś kręgu piekielnym (był chyba taki?), a dziś zaczął padać śnieg. Wrażeń olifaktorycznych dostarczają niezjedzone kanapki z szynką, przygotowywane przez matkę dla brata do pracy, i które ten cwaniak zabunkrował w najniższej szufladzie biurka. Echhh, i to są te same geny? Jeszcze dzień i matula trafi do nich na węch (a ten ma wręcz zjawiskowy). Będę miła i mu to uświadomię jak wróci. 

Wracam do pisania biografii. Wesołych świąt (tak zawczasu).

.armagedon za pasem cz.1

grudzień 19, 2008

Od razu zaznaczam, że nie wiadomo czy nastąpi część druga (lub trzecia). Ale w przypadku apokalips wszelkiego rodzaju to raczej normalne.

I aby dać upust narastającej we mnie ostatnio frustracji, muszę zakląć. Publicznie. Jednakże starając się nie urazić co wrażliwszych czytelników uczynię to sposobem (grunt to sposób, ne?)

KUUURRRWAAAAAAA!!!

Dziękuję za uwagę, już mi lepiej. Teraz konkrety.

Tytuł notki oczywiście jest klasyczną hiperbolizacją. Ot, miałam cięzki tydzień, a następne dwa zapowiadają się nie lepiej. Suma małych wkurzających drobiazgów + masa roboty na zaliczenia.

W dzień mojego wyjazdu z Lublina spierniczył nam się na amen piecyk gazowy ogrzewający wodę. Kaprysił właściwie od początku, ale przymykałyśmy na to oko. No ale. Wiecie jak fajnie jest brać prysznic i myć włosy w lodowatej wodzie? Na obozie żeglarskim można to ścierpieć – w centrum miasta w śrosku (prawie) zimy – NIE. Telefon do właścicielki. Jej pierwsze słowa: To może trzeba było bardziej oszczędzać? No cholera, witki opadają. Co oszczędzać? Wodę? Bardzo chętnie, gdyby piecyk dobrze działał nie musiałybyśmy lać hektolitrów zimnej wody zanim palnik zaskoczy. Gaz? No przecież on sam się tym sposobem oszczędzał. Zresztą, i tak my płacimy wszystkie rachunki. Piecyk? To po diabła on tam wisi, dla ozdoby? Wstążeczką może go przewiązać mamy, kokardką przystroić? A tak w ogóle to co ma piernik do wiatraka? Pogadała, pogadała, spec ma w poniedziałek przyjść, i niech się kobieta modli aby wszystko było ok, jak powracamy po świętach na stancję.

Btw, to był Dzień bez przekleństw. Ha ha. M. rano pod prysznicem, bluznęła ładnie, a ja nadrobiłam wieczorem tego samego dnia. 

Właśnie, wieczorem. Po 3 h jazdy pksem mój mózg zaczął przejawiać pewne  więzi rodzinne z owsianką. Facet zatrzymał się na zwykłym przystanku autobusowym, wyskoczyłam, otwieram bagażnik, coś pusto, moja walizka leży na swoim miejscu, innych nie widać, zresztą, ciemno. Chwytam ją, zamykam klapę i biegnę do samochodu ojca. W momencie ładowania walizy do samochodu krótki rzut okiem i strzał adrenaliny. TO NIE MOJA! Identyczna prawie, różniła się tylko dwoma ciemnozielonymi paskami. Ojciec się na mnie z przerażeniem patrzy, a ja puszczam piękną wiązankę, przez głowę przelatuje mi spis przedmiotów w moim bagażu. Ładowarka od telefonu, zasilacz od laptopa, ksiązki na zaliczenie, notatki, ciuchy, kosmetyki… A drugiego bagażu w momencie wyjmowania nie zauważyłam, bagażnik był pusty. Zarąbał ktoś wcześniej?Zarzuciło mną, biegiem spowrotem na pksy, złapać kierowcę. Odjechał mi sprzed nosa. Obrót w miejscu, sprint do poczekalni, gdzie regulamin, jest! Numer telefonu do dyspozytorni, odbiera jakiś facet i on nic nie wie, nie pomoże, bo autobus z Sokołowa Podlaskiego był. Proszę o numer, on, że nie ma (no cholera!) proszę, żeby znalazł, przecież jedna firma do diabła, po coś koleś tam pracuje, znalazł się numer w tempie błyskawicznym. Dziekuję, dzwonię do Sokołowa. Numer niepoprawny. A wpisałam na pewno dobrze. Kolejna wiązanka, ludzie w poczekalni wbijali we mnie gały. Telefon do M., proszę o znalezienie numeru w necie. Ojciec mnie zgarnia i jedziemy do Sokołowa (jak dobrze, że dojeżdzając do domu zadzwoniłam po niego, by mnie podwiózł, bo teraz bym chyba na piechotę drałowała). Po drodze zajrzałam do walizki, na wierzchu notes, jest imię i nazwisko na jakimś kwicie, ale telefonu niet. Ale adres! jest adres! Sokołów Podlaski!  Czyli dziewczyna się nie pomyliła wcześniej, tylko jeszcze siedzi w pksie, a ja zakosiłam jej bagaż. Pytanie, co z moim? 

Dostaję sms od M. , jest numer. Dzwonię. Tu z kolei facet miły, skłonny do pomocy, podał info do kierowcy przez te ich radio. Już jestem spokojniejsza. Dojeżdzamy, biegnę na tamtejszy dworzec, tam czeka na mnie kierowca z tą dziewczyną. Oddałam jej walizkę przepraszając. A oto co się okazało – w trakcie jazdy moja walizka poleciała gdzieś na sam bok, w kąt bagażnika. Ten był nieoświetlony. Waliza dziewczyny za to przesunęła się dokładnie na to miejsce, gdzie ja położyłam wcześniej swoją. Jaka ulga… Ale po tym kopie adrenaliny nosiło mnie jeszcze do północy. 

Ta sympatyczna przygoda dość mocno nadwątliła moje zauwanie do pksów. Prawda, teraz to ja byłam tą sierotą, która nie poznaje własnej walizki. Ale zaraz zaraz, tak naprawdę, kto broni komukolwiek wysiadającemu pomiędzy pierwszym dworcem a tym docelowym, zakosić czyjś bagaż? Oprócz wrodzonej uczciwości, oczywiście. Nikt i nic. Bilety nie są imienne, potem szukaj wiatru w polu. Nie wiem, jak często takie kradzieże się zdarzają, mi się jeszcze nic podobnego wcześniej nie przytrafiło. Może więc z tą polską uczciwością nie jest tak źle? Ale wątpliwości pozostają, że tak banalnie podsumuję.

Hej

sierpień 31, 2008

Czy znasz to uczucie, że oglądasz się za siebie i widzisz dymiące zgliszcza, z dopalającymi się jeszcze gdzieniegdzie kawałkami? Takie ciemne melodramatyczne pogorzelisko.

Patrzysz sobie na nie z dystansu i wzruszasz ramionami, bo nie moje bo inne bo daleko z tyłu i takie jest banalne, że nie może mieć nic wspólnego ze mną.

Tutaj powinnam zastosować jakiś chwyt retoryczny, ale chyba z tego zrezygnuję.

Nagle – tadaaam, lecą serpentyny, strzelają petardy i wyskakuje diabeł z pudełka – nagle te ruiny znajdują się niebezpiecznie blisko, otaczają cię, czujesz ten wirujący w gardle smród, dym wbija ci się w oczy. Hej, to moje. To ja. Znasz to uczucie, gdy wszystko czym gardziłeś, na co patrzyłeś z góry, czego się bałeś, co odsunąłeś pojawia się nagle przed tobą z szyderczym grymasem na twarzy. I trzyma w dłoni dość wymięty powitalny bukiet.

Narosło w tobie gdy ty gnuśniałeś. Ślepiec z którejś bajki, mamy ich od groma i ciut ciut. Kiedy byłam mała, uwielbiałam baśnie. Pochłaniałam je bez przerwy, aż stałam się postrachem bibliotekarek. Szukałam tych najmniej znanych (baśni oczywiście, nie bogu ducha winnych kobiet w okularach), zarówno podań ludowych jak i opowieści z dalekich stron. Ale nauka poszła w cholernie daleki i ciemny las. Dziecko urosło, nie pamięta już chyba żadnej baśni, właśnie wtedy, gdy są potrzebne.

Diabeł z pudełka. Diabeł. Jaka tkwi pod tym metafora chyba każdy rozumie. I nie, nie chodzi mi o takiego nadmiernie opalonego kolesia z rogami i zakręconym ogonkiem.

Mój diabełek, mój. Tyle, że wcale nie jest pocieszny. Wrósł we mnie tak mocno że nie odróżniam jego tkanek od pozostałych.
Wszystkie drobne niegodziwości. Kiedy to się stało.

Tylko dlaczego teraz tak pusto.

Teraz widzisz. Oczy masz rozwarte jak niebo w czasie burzy.

Jestem małym przyczajonym potworem, jednym z tak wielu. Żywimy się odłamkami dni i ludzi z których wyrastamy. Bawimy się słowami, bo tylko to nam tak naprawdę wychodzi, a i nie zawsze. Nawet nieczęsto. A może wcale. Jesteśmy obojętnością i lekceważeniem. Tchórzostwem i głupotą. Jesteśmy tym, co jest tak marne, że nie załapało się w poczet grzechów głównych.

Zawsze uważałam, że tychże powinno być osiem minimum. Z głupotą ponad pychą. Chociaż jedno z drugim się wiąże. Ale może jest dobrze jak jest, inaczej nie ostałaby się żadna nadzieja dla ludzkości.

Wiem już, że można upić się z czystej rozpaczy (nie czystą rozpaczą czy nawet czystą, tą świadomość miałam wcześniej). Nie zawsze warto dzielić świat na białe i czarne (dobrze, już się streszczam). Na taki luksus mogą pozwolić sobie tylko silni ludzie, a jak do tej pory żadnego nie spotkałam. W lustrze też nie zauważyłam. Może do tego potrzebne jest specjalne lustro, jak myślisz? Czy tylko “specjalne” oczy albo połączenia nerwowe?

To trochę boli, tak obejrzeć się i dostać Cudownego Kopniaka Oświecenia + 5.

Hej, jestem tutaj. Nie patrz na litery, one kłamią. Są patetyczne i nadęte, poukładałam je zresztą tak jak miałam ochotę. Patrz na mnie. Zobacz we mnie to co wysnuwa się z zakamarków bezsennych nocy, gdy zaczynasz myśleć. Świadomość, że zbyt wiele razy tego nie robiłeś.

Możesz powiedzieć o sobie, że zawsze robisz to co słuszne, że za każdym razem przemyślałeś sprawę, że nie działasz pod wpływem głupich impulsów, że nie odczuwasz zawiści, nie ponosi cię złość, nie poddajesz się nie moja wina nie moja wina nie moja bardzo niewielka wina?

Tak? Zazdroszczę. Ja nie.

Pomimo tych wszystkich splecionych przeze mnie, według mojej woli, mądrych lub głupich, słów – tak naprawdę wiem tylko to, że jest już piąta nad ranem i nie mogę zasnąć.

Właściwie to nic

czerwiec 18, 2008

Piszę sobie tylko ot tak, bo mam naprawdę paskudny humor.

Co do jutrzejszego egzaminu, jestem już nastawiona na wrzesień. Nic mi nie zostaje w głowie z tej nauki.

Denerwuje mnie, że znowu zostałam sama w mieszkaniu. Nienawidzę tego. Teraz mnie nosi od ściany do ściany od okna do drzwi. Denerwuje mnie, że jutro idę na uczelnię właściwie tylko dla picu. Denerwuje mnie, że muszę zanieść książki do biblioteki. Denerwuje mnie, że trzeba iść do pracy w wakacje, a nie mam żadnych porządnych perspektyw. Jeszcze bardziej mnie wpienia myśl, że miałabym znowu jeździć do tego cholernego technicoloru. Denerwuje mnie tej niewydarzony szczur, który akurat WŁAŚNIE TERAZ musi się psuć. Denerwuje mnie, że nie mogę znaleźć stancji na następny rok. Ogółem mnie wkurza, że muszę się stąd wyprowadzać. Denerwuje mnie konieczność spakowania tych wszystkich klamotów, a co za tym idzie, pójścia do jakiegoś sklepu po kartony.

Denerwuje mnie fanatyzm, “jawszystkonajlepiejwiedzizm”, olewactwo i pogarda. Wkurwia mnie lekceważenie. Hipokryzja i wycieranie sobie gęby hipokryzją innych. Generalizowanie. Denerwuje mnie moja niemożność i brak chęci do czegokolwiek, a już tym bardziej do klecenia wyrafinowanych epistoł . Denerwuje mnie zaślepienie, chwytanie się jednego schematu myślowego i wyłączanie reszty czynności mózgu. Bezkrytyczne przyjmowanie idei, piana na ustach tzw “neofitów”, tworzenie pięknych wywodów i argumentacji w oderwaniu od prozy życia  i zwykłego zdrowego rozsądku.

Denerwuje mnie, że mam w sobie aż takie pokłady agresji. Że zwyczajnie wybucham kiedy ktoś nazwie mnie frajerem i idiotką – ale szlag, mam do tego święte i niezbywalne prawo. Trzeba liczyć się z konsekwencjami własnych słów.

A nade wszystko denerwuje mnie głupota i bezmyślność. Brak świadomości znaczenia tego, co się powiedziało. Uwieszenie się  za frak nietykalnego guru i wtłaczanie całego świata w ramy jednej ideologii, przy jednoczesnym lekceważeniu tych, którzy myślą inaczej.

Mam gdzieś poglądy innych, w znaczeniu, że nie przeszkadzają mi one (dopóki są nieofensywne, oczywiście). Jestem z natury bardzo tolerancyjna, niech każdy wierzy sobie w co chce, nie moja sprawa. Wkurzam się dopiero, gdy ktoś deprecjonuje mój sposób widzenia świata. I wtedy przestaję nad sobą panować.

Amen, cholera.

Tak jak w tytule. Zmęczona jestem właściwie niczym. Siedzę w trakcie projektu na socjologię, uczyć z logiki przydałoby się zacząć, przy okazji też z historii kultury. Jutro kolos z angielskiego – to akurat luzik, tylko trzeba wstać z samego rana.

Choruję sobie od jakiegoś czasu. Odkąd przyjechałam do Lublina co rusz mnie jakieś cholerstwo łapie. Krótko po tym jak wydarłam gardło na wesołym miasteczku (Voyager wymiata! ) i poprawiłam lodami – bezgłos. Ból gardziołka, później koszmarny katarek, a na końcu kaszel jak u suchotnika. Mon, kocham to.

W ostatni weekend byłam w domu na ślubie Rumiankowej i Wasika. Przesłodko(; Wszystkiego najlepszego w nowym stanie cywilnym!;*    Tylko ciekawi mnie kto się na ślub wysypał totalnie jakimś różowym brokatem – musiałam się o tą osobę otrzeć wychodząc z kościoła. Yay, zawsze chciałam mieć rękaw płaszcza w brokacie!;D Frapujące(;  Niestety, nie zawitam na “wesele dla znajomych” w tym tygodniu – nie bardzo jestem w stanie robić sobie wycieczki co tydzień. Kurczę, szkoda.

*przerwa na kaszel*

Ekhm. No. Ten tego. Dalej brakuje mi sensu. Może za wiele oczekuję. Nie potrafię się wyłamać z marazmu, może w następnym semestrze… Ale co do tego czasu? Nic nie przykuwa mojej uwagi na dłużej, a jeśli już czemuś się uda, to z kolei ja nie przejawiam większych zdolności w owym kierunku. Heh, życie jest tak obrzydliwie prozaiczne, a ja za dużo czasu spędzam we własnej głowie. Mam stanowczo zbyt bujną wyobraźnię.

Koniec nudzenia.

Ike Yoshihiro, Centzontotochtin - z Ergo Proxy OST opus01

Czasem brakuje mi w życiu jakichś wartości. Jakiegoś punktu odniesienia. Bo nie mam tak naprawdę niczego ponad codzienność, na czym mogłoby mi zależeć.

W towarzystwie niektórych ludzi czuję się po prostu źle. I nie wiem, co z tym zrobić.

Ogółem ostatnio było  tak dobrze, tak normalnie – i jak zwykle musiała mnie łupnąć w potylicę świadomość jakaś, świadomość czegoś.

Głupie pytania jeszcze głupsze odpowiedzi. Szlag szlag szlag.

*poszła się pozbierać*

Obijam się

luty 14, 2008

Te parę dni mi chyba nie zaszkodzi, i tak nowy semestr się zaczyna. Fartem dopiero w poniedziałek, ale siedzę w Lublinie od środy. Potem nadrabianie godzin wf-u i bieganie po wpisy.

Zasadniczo to… sporo się stało, ale jakoś nigdy nie miałam okazji usiąść z miejsca do komputera i opisać wszystkiego. A szwung się już ulotnił.

Egzaminy wszystkie pozaliczane, bez poprawek. Czyli chyba ok. Domenę dzisiaj opłaciłam (ostatni możliwy termin, oczywiście) i – odhaczone. Ale kieszeń boli, oj boli. Tym bardziej, że strzeliłam sobie dziś najnowszego Pottera. Jak na razie strona 295. To zabawne, z własnych finansów zapłaciłam do tej pory tylko za dwa pierwsze tomy, a każdy następny otrzymywałam w prezencie. Żeby było ładnie, regularnie i klamrowo – ostatni kupiłam. Chociaż, prawdę mówiąc, głównie dlatego, że nie byłam w stanie znaleźć “Lodu” Dukaja. Rany, wyprzedane już czy co? Nie przesadzajmy.

Co trochę zabawne (a trochę nie), niedawno odkryłam ( a właściwie to moja szanowna rodzicielka) mniej więcej 25 siwych włosów. Żeby było jasne – na MOJEJ głowie. Kopara mi opadła. Ludzie, ile ja mam lat? Wiem, że to sie zdarza, ot, genetyka, ale u mnie w rodzince chyba jeszcze nikt przedwcześnie nie posiwiał. Szlag, nigdy nie miałam ambicji przefarbować się na platynowy blond – mam nadzieję, że aż tak owa siwizna nie będzie się rozprzestrzeniać. Chociaż, jest też jasna strona całej sprawy – nie muszę się już obawiać, że na starość będę miała nieładny żółtawy odcień siwych włosów. Będą srebrzystobiałe (pytanie, czy dopiero na starość).

Jestem zmęczona po “całopopołudniowym” bieganiu po mieście. Aczkolwiek przez weekend też siedzieć w domu na zamierzam, tym bardziej, że przyjeżdżają ktosie, które już dawno miały do Lublina zajrzeć. I te ktosie niech tylko spróbują się nie odezwać – konsekwencje będą straszliwe(;. Dobrze, ktosie?<;

Pierniczy mi się nagrywarka dvd. I ciągle nie mam czasu ( a tak serio – ochoty) by to dokładnie sprawdzić.

Przeraża mnie plan na nowy semestr. Kurczę, nie ma zupełnie co robić. Ja lubię się obijać, ale bez przesady. Chociaż, kiedy wejdę w styczność z logiką i semiotyką jakieś komplikacje mogą się pojawić.

Napisałam nowy tekst, jak zwykle po zabójczej przerwie. Problem polega na tym, że podoba mi się (w ograniczonym stopniu) tylko pierwsza strofa. Ale lepszy rydz niż nic…

Acha, i jeśli jeszcze raz jeszcze ktoś zacznie mnie nawracać na Linuxa, to zacznę strzelać.

Nie możemy czekać, odkładać na później – niczego
bo nie ma przeznaczenia ani w nas ani poza nami
nie wolno nam pełznąć wśród pyłu – nie wolno czasu strawić
na zakazane jęki i modlitwy – co nie zbawią od złego

jeśli zerwiesz pióro gwiazdy, która na szubienicy nieba
wisi, płynie drogą mleczną, wznosi się i spada
spojrzy na ciebie – falująca rozczarowana pani – zdrada
i chociaż wzdycha to śpiewa – tak być musi, tak trzeba

jeśli nie masz w sobie dumy ostrej jak nici prządek
nie zranisz innych – ale tobie i tak przebiją gardło
jeśli masz – nie wykorzystasz, mozesz tylko pragnąć
topielcu jutrzejszego poranka – spłyniesz z prądem

bo skłoniłeś głowę i nadstawiłeś grzbiet giętki jak horyzont
przygniotło cię słońce, sparzył czerw i pozostał tylko trąd

Patetyczne to wyszło.

I czuję się stara.

Wesołych – mać mać mać

grudzień 23, 2007

 Uwaga – duża doza rozczulania się nad sobą, rozżalania i jęków. Jeśli masz na to alergię – nie czytaj. czuj się ostrzeżony, Internauto. 

A było tak pięknie. Tak pięknie. I jak zwykle musiało się spieprzyć. Starałam się, naprawdę się starałam, inwestowałam w miłe słówka, wyrazy miłości, pochwały – znowu nie wyszło. Znowu było źle i nie wiem dlaczego. Znowu coś dla niej było nie tak. Nienawidzę, dosłownie nienawidzę świąt. Te bożonarodzeniowe są nawet gorsze od wielkanocnych. Parę dni przed “godziną zero” (kolacja wigilijna lub śniadanie wielkanocne) wszystko się pierniczy. Wrzask, pretensje. A jeszcze przedwczoraj tak pięknie było…

I żebym to ja wiedziała o co chodzi, czy to ja coś schrzaniłam? Ale jak, kiedy?

Choinki oczywiście nie ma. Pofrunęła przez balkon. Tylko u mnie w pokoju, taka mała, ta moja się zachowała. Niby nic, a boli. Widać jeszcze za dużo we mnie z dziecka. Ale na litość, to Boże Narodzenie. Jeśli w ten czas nie można czuć się jak dziecko, to kiedy? Nigdy.

Kiedy sobie pomyślę jak święta często wyglądają w innych domach – to mnie skręca.

Przez te dwa dni byłam taka szczęśliwa. I szlag to wszystko.

To chyba taki okres kiedy każdy zaczyna myśleć zbyt dużo nad sobą i innymi.

Acha, i jako że tego roku nie wysłałam kartek… Wesołych Świąt! (tak, to zawiera odrobinę ironii)

Poszła w cholerę.

Kradzieje cholerni

grudzień 17, 2007

Już po imprezie urodzinowej mojej współlokatorki. Całkiem nowe doświadczenie – nie można wyjść z imprezy bo odbywa się w twoim pokoju.

Wczoraj rano (a raczej w południe – przecież odespać trzeba było) klasycznie siadłam do kompa, sprawdziłam mail etc etc, no i zajrzałam na bloga – do statystyk też. Oooo, sporo osób weszło do mnie z jakiegoś forum. No to KLIK i zaglądam. Opadła mi kopara. Jakaś panienka zwana “francesca” podwędziła mi MÓJ WŁASNY WIERSZ, który zamieściłam w ostatniej notce. Ok, super, wiem, wyraz uznania bla bla bla, ale do cholery, cos tu chyba jest nie tak? Wrzuciła ten tekst jako swój, dopisując jakąś bajeczkę o tym, że “nie wie jak go zatytułować, pomózcie mi, proszę”. Nawiasem mówiąc, tytuł ostatniej notki był zarazem tytułem utworu. Co więcej, dziewczątko jest z mojej własnej uczelni, z forum UMCSu. Zapewne na mojego bloga trafiła przez mój forumowy profil. Rany, jakie to bezczelne i głupie – mamy google i statystyki – jak ta kradziejka mogła mieć nadzieję że jej się uda? Naaa… wzburzyłam się, jak widać. Połowa złego gdyby dziewczę trochę cwańsze było – ale RANY JULEK, taki idiotyzm? I jeszcze starsza ode mnie, phhhh.

Szanowna francesca została zbanowana na owym forum, dzięki porządnym adminom i modom. Za co im dziękuję. Teraz zobaczymy czy dziewczynka będzie grzeczna i skruszona – jak nie, to ja jej dopiero rozwalę reputację. Złodziejstwo trzeba tępić. I tak, jestem mściwa. Ale też wkurzona, że nie dość że ktoś próbował mnie wyrolować, to jeszcze w taki durny sposób. Oberwałam po ambicji. Co więcej, dla mnie moje wiersze mają naprawdę dużą wartość emocjonalną.

I mam huśtawki nastrojów. Tak. Wczoraj rano miałam świetny humor, wieczorem już tak beznadziejny, że szkoda gadać. Nie mam ochoty wracać na Święta do “domu”.

Coś się ze mną dzieje. Coś. Nie wiem co, tak banalnie.

Acha, i tekst dnia, który wydostał się z ust mojej współlokatorki. Z cyklu “Co można powiedzieć w chwilę po przebudzeniu”

- Jaki był czwarty paradygmat?

*oklaski, kurtyna opada*