.armagedon za pasem cz.2
grudzień 19, 2008
No dobra, druga część jest, bo w pierwszej się dość mocno rozpisałam, a żeby nie przedłużać, podzieliłam. Ale trzeciej może nie być. Chyba.
Dotarłam w końcu do domu, rodzicielka krąży po pokojach jak tygrys. Zamówiła komplet wypoczynkowy, i od tygodnia go przywożą. Za pierwszy razem – o obiciu w innym kolorze. Przeprosiny, pomyłka, załadowali spowrotem i pojechali. Drugi raz – to samo. W kulki sobie lecą? Nie mają w magazynie tamtego koloru i próbują wcisnąć ten? Następnym razem po prostu nie przyjechali. Szanowna matula wkurza się bardzo łatwo (i mocno, mnie za to naprawdę wpienić jest ciężko, ale intensywnością potrafię straszyć jeszcze bardziej). Na czwarty raz umówiła się z nimi na czwartek przed 12.00. Przed, bo później jechałyśmy na potężne zakupy do centrum. 11.00, 11.30 , 12.00 … Dzwoni kobieta z firmy i pyta, kiedy matka będzie w domu. No ja pier… Mateczka podziękowała i rzuciła słuchawką. Oczywiście trzeba było się po tym na kimś wyładować, zgadnijcie na kim?
Na domiar złego, dostałam wtedy wiadomość na gg od sołtysowej roku – nasza ukochana pani profesor w końcu sprecyzowała prace na zaliczenie. Dwie. Wcześniej wiedzieliśmy o jednej. Druga ma zostać napisana z 25 pisarzy i 25 książek (biografia, analiza i pytanie o odniesienie do współczesności). I teraz dowcip. Termin – 6 stycznia. Zgon. To nie jest jedyna rzecz, którą mam do roboty w związku z końcem semestru, a będąc w Siedlcach, jestem siłą rzeczy odcięta od biblioteki UMCS-u. Hej, mamy święta. Czyli sprzątanie, zakupy, przygotowanie Wigilii, ogólna nerwówka rodzinna. I 25 PISARZY I 25 KSIĄŻEK DO OPRACOWANIA. I reszta projektów. I nauka do egzaminów i zaliczeń. Do 6 stycznia. Chyba trzeba będzie pocwaniakować, bo inaczej tego przedmiotu nie ugryzę. Depresja.
Meble przyjechały wieczorem, tym razem te, które się kupiło. Jak rodzicielka wcześniej szaty darła, że stara kanapa jest stara i niewygodna, teraz jej nie pasuje nowa kanapa i fotele. Bo inne. Bo nowe. Bo kanapa twarda (wyrobi się przecież z czasem, ne?), bo fotele za wiele miejsca zajmują (trzeba było myśleć wybierając, ja się pytałam, gdzie zamierza te fotele wstawić), bo poręcze drewniane (jak wyżej, uprzedzałam, że średnio wygodne będą), bo nie wiadomo jak rozstawić (jak wyżej). Pokrótce mówiąc, zła jak osa. I demonstruje tą złość, oj demonstruje.
Naprawdę nie rozumiem, jak można się tak wszystkim przejmować. To szukanie czegokolwiek, do czego możnaby się uczepić. Szkodliwe i dla danej osoby, i dla jej otoczenia. Ale niektórym nie dogodzisz.
Btw, firma od tych mebli to ABRA (wiem, wredna jestem, ale tego podwójnej błędnej dostawy i olewania klienta nie daruję. Odniosłam wrażenie, jakby komplet z jasnym obiciem im zalegał w magazynie i chcieli go po prostu komuś wcisnąć, zamiast męczyć się ze ściąganiem ciemnego z innego miejsca. W myśl zasady, lepszy wróbel w garści niż skrzypek na dachu (czy jakoś tak to szł0).
Informacja pogodowa – od paru dni mgła jak w Silent Hill, zimno jak w którymś kręgu piekielnym (był chyba taki?), a dziś zaczął padać śnieg. Wrażeń olifaktorycznych dostarczają niezjedzone kanapki z szynką, przygotowywane przez matkę dla brata do pracy, i które ten cwaniak zabunkrował w najniższej szufladzie biurka. Echhh, i to są te same geny? Jeszcze dzień i matula trafi do nich na węch (a ten ma wręcz zjawiskowy). Będę miła i mu to uświadomię jak wróci.
Wracam do pisania biografii. Wesołych świąt (tak zawczasu).
.armagedon za pasem cz.1
grudzień 19, 2008
Od razu zaznaczam, że nie wiadomo czy nastąpi część druga (lub trzecia). Ale w przypadku apokalips wszelkiego rodzaju to raczej normalne.
I aby dać upust narastającej we mnie ostatnio frustracji, muszę zakląć. Publicznie. Jednakże starając się nie urazić co wrażliwszych czytelników uczynię to sposobem (grunt to sposób, ne?)
KUUURRRWAAAAAAA!!!
Dziękuję za uwagę, już mi lepiej. Teraz konkrety.
Tytuł notki oczywiście jest klasyczną hiperbolizacją. Ot, miałam cięzki tydzień, a następne dwa zapowiadają się nie lepiej. Suma małych wkurzających drobiazgów + masa roboty na zaliczenia.
W dzień mojego wyjazdu z Lublina spierniczył nam się na amen piecyk gazowy ogrzewający wodę. Kaprysił właściwie od początku, ale przymykałyśmy na to oko. No ale. Wiecie jak fajnie jest brać prysznic i myć włosy w lodowatej wodzie? Na obozie żeglarskim można to ścierpieć – w centrum miasta w śrosku (prawie) zimy – NIE. Telefon do właścicielki. Jej pierwsze słowa: To może trzeba było bardziej oszczędzać? No cholera, witki opadają. Co oszczędzać? Wodę? Bardzo chętnie, gdyby piecyk dobrze działał nie musiałybyśmy lać hektolitrów zimnej wody zanim palnik zaskoczy. Gaz? No przecież on sam się tym sposobem oszczędzał. Zresztą, i tak my płacimy wszystkie rachunki. Piecyk? To po diabła on tam wisi, dla ozdoby? Wstążeczką może go przewiązać mamy, kokardką przystroić? A tak w ogóle to co ma piernik do wiatraka? Pogadała, pogadała, spec ma w poniedziałek przyjść, i niech się kobieta modli aby wszystko było ok, jak powracamy po świętach na stancję.
Btw, to był Dzień bez przekleństw. Ha ha. M. rano pod prysznicem, bluznęła ładnie, a ja nadrobiłam wieczorem tego samego dnia.
Właśnie, wieczorem. Po 3 h jazdy pksem mój mózg zaczął przejawiać pewne więzi rodzinne z owsianką. Facet zatrzymał się na zwykłym przystanku autobusowym, wyskoczyłam, otwieram bagażnik, coś pusto, moja walizka leży na swoim miejscu, innych nie widać, zresztą, ciemno. Chwytam ją, zamykam klapę i biegnę do samochodu ojca. W momencie ładowania walizy do samochodu krótki rzut okiem i strzał adrenaliny. TO NIE MOJA! Identyczna prawie, różniła się tylko dwoma ciemnozielonymi paskami. Ojciec się na mnie z przerażeniem patrzy, a ja puszczam piękną wiązankę, przez głowę przelatuje mi spis przedmiotów w moim bagażu. Ładowarka od telefonu, zasilacz od laptopa, ksiązki na zaliczenie, notatki, ciuchy, kosmetyki… A drugiego bagażu w momencie wyjmowania nie zauważyłam, bagażnik był pusty. Zarąbał ktoś wcześniej?Zarzuciło mną, biegiem spowrotem na pksy, złapać kierowcę. Odjechał mi sprzed nosa. Obrót w miejscu, sprint do poczekalni, gdzie regulamin, jest! Numer telefonu do dyspozytorni, odbiera jakiś facet i on nic nie wie, nie pomoże, bo autobus z Sokołowa Podlaskiego był. Proszę o numer, on, że nie ma (no cholera!) proszę, żeby znalazł, przecież jedna firma do diabła, po coś koleś tam pracuje, znalazł się numer w tempie błyskawicznym. Dziekuję, dzwonię do Sokołowa. Numer niepoprawny. A wpisałam na pewno dobrze. Kolejna wiązanka, ludzie w poczekalni wbijali we mnie gały. Telefon do M., proszę o znalezienie numeru w necie. Ojciec mnie zgarnia i jedziemy do Sokołowa (jak dobrze, że dojeżdzając do domu zadzwoniłam po niego, by mnie podwiózł, bo teraz bym chyba na piechotę drałowała). Po drodze zajrzałam do walizki, na wierzchu notes, jest imię i nazwisko na jakimś kwicie, ale telefonu niet. Ale adres! jest adres! Sokołów Podlaski! Czyli dziewczyna się nie pomyliła wcześniej, tylko jeszcze siedzi w pksie, a ja zakosiłam jej bagaż. Pytanie, co z moim?
Dostaję sms od M. , jest numer. Dzwonię. Tu z kolei facet miły, skłonny do pomocy, podał info do kierowcy przez te ich radio. Już jestem spokojniejsza. Dojeżdzamy, biegnę na tamtejszy dworzec, tam czeka na mnie kierowca z tą dziewczyną. Oddałam jej walizkę przepraszając. A oto co się okazało – w trakcie jazdy moja walizka poleciała gdzieś na sam bok, w kąt bagażnika. Ten był nieoświetlony. Waliza dziewczyny za to przesunęła się dokładnie na to miejsce, gdzie ja położyłam wcześniej swoją. Jaka ulga… Ale po tym kopie adrenaliny nosiło mnie jeszcze do północy.
Ta sympatyczna przygoda dość mocno nadwątliła moje zauwanie do pksów. Prawda, teraz to ja byłam tą sierotą, która nie poznaje własnej walizki. Ale zaraz zaraz, tak naprawdę, kto broni komukolwiek wysiadającemu pomiędzy pierwszym dworcem a tym docelowym, zakosić czyjś bagaż? Oprócz wrodzonej uczciwości, oczywiście. Nikt i nic. Bilety nie są imienne, potem szukaj wiatru w polu. Nie wiem, jak często takie kradzieże się zdarzają, mi się jeszcze nic podobnego wcześniej nie przytrafiło. Może więc z tą polską uczciwością nie jest tak źle? Ale wątpliwości pozostają, że tak banalnie podsumuję.