Kompilacja miesiąca
kwiecień 25, 2008
* Ok, jestem już oficjalnie usankcjonowanym piratem drogowym. Jeszcze tylko odebrać papierek i można szaleć. Tylko czym. Kpina, samochodu nie mam i nie będę mieć w najbliższym czasie – bo po cholerę. Ot, kawałek plastiku jest mi potrzebny jedynie na przyszłość. I zawsze to jakiś plus przy poszukiwaniu pracy. Przynajmniej problem z głowy. Phhh, już drugi egzaminator mnie nawet pochwalił, że bardzo dobrze jeżdżę. I dopiero on mnie nie oblał. Boki zrywać. Chociaż poprzednim razem to tylko moja wina była i mojej bezmyślności. Zarąbałam na parę minut przed końcem, koleś kazał mi jechać na jakąś stację benzynową z nakazem skrętu. Przede mną jechał jakiś facet, który skręcił PRZED znakiem. A ja nie pomyślałam i pojechałam za nim. Ot, impuls, ale to już podpada pod niestosowanie się do znaków – i kaput. A ojciec powtarzał, żeby na innych idiotów uwagi nie zwracać.
* Na uczelni zaczyna się jazda – termin projektu na socjologię już jest, kolos z logiki był. Czas zapiernicza jak … jak… no dobra, nie mam na myśli żadnego niebanalnego porównania. W każdym razie, będę miała co robić w najbliższym okresie. Leń mnie dopadł i nie chce mi się wysuwać nosa z mieszkania na uczelnię. Ale trzeba, zmuszam się jakoś. Hell, nie mam na nic ochoty, nic mi się nie chce.
* Dochodzę do wniosku, że niezależność jest dla mnie stanem niezbędnym. Wpiszę się lub wyłamię z emowatego nurtu (bo niejasne to trochę) i stwierdzę, że mało zdolna do wyższych uczuć jestem. A w każdym razie tylko do wybranych (uczuć). Lub nie. Hm, niezła zagwozdka logiczna, szkoda że nie potrafię rozpisać tego na algorytm. Zresztą – emowatość to chyba nadwrażliwość? A czy emowate jest roztkliwianie się nad własną znieczulicą? Chyba też. Nevermind. A, już wiem. Jeśli jestem w stanie się roztkliwiać, to znaczy, że tak naprawdę jestem bardzo wrażliwa i ta bajka o braku wyższych uczuć jest – właśnie – bajką. Ale z drugiej strony, mogę takie zachowanie złożyć na karb zwykłej emocjonalnej niedojrzałości. Jak słodko i homantycznie.
* Taaaak, wkurzona dziś trochę jestem. Właściwie to od jakiegoś (krótkiego) czasu. Bo przez wcześniejszy (dłuższy) czas było mi całkiem nieźle. Pomimo posiadania pewnych cech osobowości androgynicznej – jestem cholera kobietą i mam prawo do wahań nastroju.
* Byłam na wycieczce (jeśli ktoś woli bardziej formalną nazwę – objazd naukowy) z ludźmi z mojego kierunku ( i roku). Lublin – Zamość – Guciów – Lublin. Hell ya. Nie było źle, nawet fajnie. Ot, okazja do wyluzowania. Nie zgubiłam się w Zamościu ( do tego trzeba by mieć talent – może w nowszej części nie byłoby to takie trudne, ale na starówce?). Najmilej wspominam wystawę w Arsenale – yaaaaay, ta broń. Człowiek nie wiedział gdzie patrzeć.
W Guciowie (swoisty skansen) też w sumie za ostro się nie wynudziłam. Chociaż całą radość z wycieczki przytłumiły (nazwijmy to po imieniu -przywaliły w łeb, zafundowały betonowe buciki i wrzuciły do jeziorka) przemowy oprowadzającego nas (właściciela? opiekuna?) po budynkach. Pan niestety chyba pierwszej trzeźwości nie był, no cóż, bywa. Do pewnego momentu mówił nawet ciekawie, i sporo interesujących elementów wyposażenia starego domu pokazał. Btw, siedzenie w kucki opierając się o leżący ścięty pień wcale NIE jest wygodne. Humoru nie poprawiała mi niesamowita wręcz gorycz wysłuchiwanych słów. Ów pan mówił momentami z sensem, ale ukrył to pod takim nawałem lamentów i uwielbienia dla idei powrotu do korzeni – tzn do tańców przy ognisku i zachowań pierwotnych. Naprawdę rozumiem zachwyt nad regionem – bo Roztocze JEST piękne. Rozumiem żal z powodu lekceważenia lokalnych cudów przyrody. Doceniam kolekcję minerałów i skamienielin – bardzo ciekawe. Ale kurczę, takie teksty tam czasem odchodziły… Może jestem nastawiona negatywnie z powodu lekko “podciętego” zachowania oprowadzającego, ot, to taka moja antypatia. Gryzły mnie zwierzenia o zakrapianych “zabawach” przy ognisku, o wyjazdach na zjazdy na których “i tydzień potrafił zabawić, to ostatnio żona go nie puściła”. Nie dziwię się żonie. Jestem zła i niedobra i w ogóle be, bo jadę teraz nie po jego pracy naukowej, ale po życiu osobistym. Cóż, ja wścibska nie byłam, usłyszałam to wszystko bez jakiejkolwiek zachęty. I mam święte prawo wyrobić sobie powierzchowne zdanie. Phhh. I wyjście do zwiedzających po paru głębszych uważam za olanie. Btw, córeczka właścicieli to słodki dzieciak. I może dlatego się tak rzucam, bo koleś przypomniał mi ojca w podobnym stanie – ten sam ton, sposób mówienia i gestykulacji, rozwlekły, nielogiczny, filozoficzny. Ot, człek na procentach. Nastawiło mnie to negatywnie, fakt.
Gospodarz zastrzelił mnie szczególnie wyznaniem dotyczącym tłumienia naturalnych instynktów. Chodzi o to, że gdy wybiera się o ciepłych porach roku do Lublina, to gdy widzi te wszystkie piękne, chętne, ubrane “no tak” młode kobiety, co co drugą by bez zastanowienia “pokrył”, gdyby nie ramy narzucone przez społeczeństwo. W tym momencie z całej siły starałam się spojrzeć na sytuację jako na znakomitą okazję do ćwiczenia zachowywania “kamiennej twarzy”. Sprawiał wrażenie, jakby wg niego wszyscy powinni zachowywać się pod tym względem jak ludzie pierwotni. No cóż, ja w tej sytuacji jestem z tych ograniczeń cywilizacyjnych całkiem zadowolona – jak zakładam bluzkę z dekoltem czy coś w tym stylu, to dlatego że chcę WYGLĄDAĆ, a nie że jestem “chętna”. Tylko tego mi by brakowało, niespodzianek na ulicy. Jak to w tym starym dowcipie – “czytam w twoim sercu jak w otwartej księdze” , “a czytaj sobie, czytaj, tylko nie dotykaj łapami okładki”.
W każdym razie – gdy nie zbaczał na tematy “filozoficzne”, to mówił całkiem ciekawie. A sama wystawa jest naprawdę warta polecenia. Nie miałam wcześniej pojęcia, że słomiane strzechy są aż tak wytrzymałe (i nie ma w tym ironii).
* Acha, Dragon 2008. O samym konwencie się nie wypowiem, bo rano w sobotę zawiozłam swój sprzęt do komputerówki (oczywiście po drodze zabłądziłam, no bo jakżeby inaczej) i się po krótkim czasie zmyłam, by wrócić dopiero następnego dnia wieczorem. Oczywiście na larpa. Tym razem w klimatach Triguna – planeta Gunsmoke. Ok, było bardzo fajnie. Ciekawy scenariusz, dobrze i zabawnie rozpisane role. Ludzie się wczuli, parę akcji zostanie w mojej pamięci na dłużej (”Człowiek-guma” wymiata). Przeżyć – nie przeżyłam, bo jeden gracz wysadził bar w którym toczyła się akcja larpa. Bardzo, ale to bardzo nie lubię podobnych numerów. Jest taka zabawna zasada, które nie powstała ot tak od czapy – graj i pozwól grać innym. Polecam niektórym trochę nad nią pomedytować.
* Ogólna konkluzja – ludzie to w większości banda sukinsynów. Dostałam na maila kolejny łańcuszek żerujący na czyimś prawdziwym nieszczęściu. Oczywiście razem z pełną bazą danych zawierającą adresy e-mail tych, przez których ta wiadomość się przewinęła. Nic, tylko siąść i spam rozsyłać.
* Lubię, kiedy moje otoczenie ma świadomość, że jak mówię “nie”, to znaczy “NIE”. Żadne “chyba” czy też “być może”. Zwyczajne “nie”.
* I tak, jestem wkurzona. To chyba widać. Ot, chwilowe zaburzenie dobrego nastroju. Przynajmniej pogoda jest piękna, to stanowczo na plus. Zaraz wracam trawić mój czas nad socjologią – to na minus. Mam trochę dobrej muzyki – plus. Nie potrafię niczego napisać – cholerny długi minus. Moje poczucie własnej wartości ma się nieźle – plus. Ale od czasu do czasu zdarza mu się leżeć i zdychać – minus.
Szlag, jakoś brak mi poczucia sensu w życiu. Ogółem – bilans ujemny. Tęsknię za jakimś punktem zaczepienia.
The Verve, Bitter Sweet Symphony
a propos dragona – “targaj moje kłaki” nie wymiata?
też, też;P “i na sianie oddaj się ;P
i na zwizzze ;p
ale siano wcześniej też było;P
Din, ale nie baw się w Carmageddon. A przynajmniej nie wtedy, kiedy przebywamy w tym samym mieście(:
nie przebywamy w tym samym mieście przez większość czasu;D