“Straż nocna” Terry’ego Pratchetta
luty 27, 2008
Dzisiaj, gdy wypatrzyłam w necie wiadomość o wydaniu kolejnego tomu z serii Świata Dysku, jak przystało na fankę, pobiegłam do Empiku, pod pretekstem zrobienia jeszcze na mieście koniecznych zakupów w drogerii. Chociaż książka została całkiem nieźle zachomikowana, niby na widoku, ale ginęła w tłumie, dorwałam, kupiłam i pobiegłam na chatę czytać. Połknęłam ją błyskawicznie. Nie, to nie jest zabawna książka. To już inny Pratchett, którego ślady widać było już w Piątym Elefancie, ale to postępuje coraz dalej. Szczerze mówiąc, pierwsze tomy Świata Dysku średnio mnie ruszają. Równoumagicznienie było nudne, tak sam jak Czarodzicielstwo, Kolor Magii nie porywał, Blask fantastyczny tak samo. Może dlatego, że z reguły szukam w książkach czegoś więcej niż dowcip, tzn. lubię się pośmiać, i poczucie humoru Pratchetta bardzo mi odpowiada, ale lubię też się zamyślić odrobinę chociaż w trakcie lektury. Pewnie dlatego przypadł mi do gustu cykl o Śmierci . I coraz to nowsze dzieła Pratchetta są wg. mnie coraz lepsze (wyjątek: Ostatni kontynent, ale ja w sumie za Rincewindem średnio przepadam). Seria o Straży, od pierwszego, średniawego tomu, rozwinęła się niesamowicie, razem z ewolucją “właściwie” głównego bohatera, Vimesa. Niektórych może drażni ta postać, spotkałam się z takimi opiniami, ale dla mnie ona jest tak świetnie nakreślona, że po prostu wychodzi z kartek książki, w trakcie lektury człowiek zaczyna myśleć jak Vimes. Mam nadzieję, że to nie tylko moje zboczenie i moja nazbyt bujna wyobraźnia. To nie jest ktoś bez skazy, ma swoje narowy i przyzwyczajenia. I na tym pewnie opiera się jego siła, banalnie mówiąc, przezwycięża trudności i jest w tym taki banalny i taki ludzki, że to musi się podobać mi, mającej z natury skłonności do banału (zresztą, co tu kryć, większość ludzi tak ma, to jest zapisane w naszej naturze, tylko nikt sie do tego nie przyznaje – nie dziwię się). Tylko ten sposób obrazowania postaci – raaaaany, jak ja bym chciała tak pisać.
Pratchett przeszedł daleką drogę od oryginalnej średnizny do banalnej rewelacji. Potrafi tak przedstawiać to, o czym człowiek w sumie wie, że przyciąga uwagę jak do czegoś nowego i odkrywczego. Chociaż, to właśnie jest odkrywcze – świadomość natury ludzkiej gdzieś w nas tkwi i wydaje się nam tak oczywista, że niewarta wspomnienia. I zapominamy o niej, pomijamy tą wiedzę, co prosto prowadzi do ogłupienia i chorej, jakże ludzkiej, hipokryzji. On jest w stanie wyciągnąć te brudy i wystawić nam je przed oczy tak, że sprawia to nam przyjemność, ale jeśli ktoś myśli – dostrzega ironię sytuacji.
“Straż Nocna” jest opowieścią heroiczną, pomimo że bohaterowie jej tak właściwie bohaterami nie są. Jak zostać bohaterem gdy chce się tego uniknąć? Jak sprawić, by później banda pismaków nie tłukła tekstów o heroizmie, by opowieści nie przekazywały legendy, głupiej i bezsensownej. Klasyczny przykład akademickiego rozdarcia pomiędzy realizmem a pragnieniem, poszukiwaniem zasad. Zasad utopijnych, tych słusznych, a nie narzucanych przez silniejszych. Frajerstwo, nie? Czy tak? Jednoczesna kpina z poświęcających się idealistów, i poświęcenie siebie samego – chociaż zawsze tli się gdzieś chęć przeżycia – ale nie kosztem innych.
Unoszę się, wiem. I co z tego? Nieczęsto można znaleźć coś tak zarazem prostego i skomplikowanego w, bądź co bądź, rozrywkowej literaturze. Może nadinterpretuję. Ale to trafia do mnie. Naprawdę trafia. Chociaż wiem, że przeczytam, potrwam chwilę w euforii i zapomnę, jak zawsze, jak każdy zapomina. Ale naprawdę dobrze, że czasem można sobie przypomnieć. O absurdalnych nadziejach, których nie można spełnić, ale trzeba się starać, by stało się to, co możliwe. O tym, że rewolucje pożerają własne dzieci, jak to wiadomo naokoło, a zawsze wielu powtarza stare błędy z historii. Ludzie nie uczą się na błędach. To bzdura. Zawsze ktoś myśli, że tym razem sytuacja jest inna, że to inaczej, że ja mam rację, że oni są źli, a to jedna cholerna bzdura. Nie ma idei dla której warto by ginąć – nie? Bo idea zwykle jest czymś wydumanym, wziętym z naszych własnych ambicji, kompleksów i pragnień. I nigdy wtedy nie patrzymy na innych. Idioci. Idioci. Idioci. Dlaczego zawsze, gdy dochodzą do głosu “szczytne” idee, wszystko kończy się źle, jak zawsze. I zaczyna się znowu źle, tak jak było. Historia zatacza swoje banalne koło. Czasem, gdy uczyłam się historii, jak to na profilu humanistycznym, dostrzegałam małe zależności, których wtedy nie zauważał nikt – dziś mamy ułatwioną sprawę i nadal nic nie widzimy. W skrócie – boże broń od fanatyków, od nienawiści. Idee powinny pozostać tam gdzie ich miejsce – w platońskim świecie idei. Wcielane w życie rzeczywiste, realne, codzienne – wcielane siłą, błyskawicznie, rewolucją – nie mają szans, stają się karykaturą. Wykrzywione naturą człowieka. Dlaczego tak mało jest tych, którzy trzymają się idei krok po kroku, stopniowo próbując zmieniać świat, nie w imię wyższego dobra ale w imię rozsądku?
Czasem… sama nie wiem.
Nie napisałam niczego odkrywczego, wiem. Tylko, to zabawne, ale właśnie o takich banałach się zapomina gdy jest wygodnie… Teraz ja piszę jak mały biedny, głupi frajer. Dla mnie mój świat tworzyły zawsze zasady, nie narzucone, ale pochodzące ode mnie. Ale wiem też, że nie wszyscy są w stanie utrzymać siebie w ryzach, swoje problemy i chore emocje. I dlatego anarchia nie ma przyszłości, nie ma sensu, bo nie zmienimy się wszyscy w bandę aniołów gdy ktoś zakrzyknie WOLNOŚĆ nie ma państwa, albo TYRAN OBALONY. Nic się nie zmieni, kochani. Nie w ten sposób.
Pesymizm. Czystej wody pesymizm, bo nie wierzę w dobro natury ludzkiej, wierzę w zwierzęta, które w ryzach trzyma światło, społeczeństwo – tylko niektóre jednostki mają na tyle silną wolę, by pilnować się samemu. Ja nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nagle załamał się ten system. Wojna atomowa czy inne cholerstwo, panika, walka o przeżycie. Nie wiem jakbym się zachowała, gdyby szło o mój byt. Martwi mnie to, bo nikt nie lubi świadomości że jest w nim coś złego co tylko czeka na chwilę nieuwagi. Nawet może nie tyle “złego”, co “nieoswojonego”, prymitywnego – a co za tym idzie – naturalnego aż do bólu. Nie wiem, czy bym dbała o więzi społeczne, wyższe uczucia, czy wszystko zajęłoby pragnienie przeżycia.
To gorzka świadomość.
Rozpisałam się, jak juz od dawna nie miałam okazji. Obawiam się, że tak zawsze będzie się kończyć, jeśli za każdym razem gdy najdzie mnie jakaś dziwna myśl, od razu siądę do klawiatury. Do tej pory szwung zawsze miał czas się ulotnić. Może to i dobrze.
A książkę naprawdę polecam. Pratchett ma niesamowity talent w uświadamianiu tego, co jest oczywiste. A tak poza tym, to dobra lektura. Zajęła mi może godzinę, z wypiekami na twarzy. I naprawdę żałuję, że tak szybko mi poszło. Język na wysokim poziomie, parę właściwie zabawnych scen – i o wiele więcej refleksji niż w poprzednich tomach. A cała fabuła miodem na serce szarego człowieka, którego życie ogranicza się do codziennej trasy szkoła-dom lub prac-dom.
Czekam na następne.
Tak się pozwolę sobie odnieść do ostatnich akapitów.
Czemu człowiek nie trzyma się idei konsekwentnie? Z tego samego powodu, dla którego odrzuca Boga, dla którego nie wierzy władzy, dla którego nie ufa sam sobie – na pewnym etapie ideologia zawodzi. Na pewnym etapie ‘kotwice’ tej ideoogii wyrywają się z mułu albo zostają odcięte, zarówno przez samego siebie, jak i przez świat zewnętrzny. Wreszcie człowiek sam się poddaje, bo potrzebuje zmian.
Człowiek jest czymś gorszym niż zwierzę. Rzuca się do gardła przedstawicielom własnej rasy, niszczy z niesamowitym uporem świat, w którym żyje, nie potrafi pogodzić się z własną ułomnością. Co by było, gdyby wybuchła wojna jądrowa? Rzeź, Dzień Sądu, zwał jak zwał. Przedstawiciele pasożytniczej rasy homo sapiens sapiens skakaliby sobie w dalszym ciągu do gardeł, aż do chwili, gdy promieniowanie przemieniłoby tkanki miękkie w galaretę. Człowiek uznaje się za Koronę Stworzenia, za istotę doskonałą, za najinteligentniejsze stworzenie na tej planecie. W rzeczywistości nie oddzielił się od gałęzi zwierząt, nie mówiąc już o oddalającej go od animalizmu inteligencji, którą się tak szczyci.
Nie zmienia to faktu, że w obliczu takiego szaleństwa, jedyne co pozostaje ludziom, któzy jeszcze jakąś nadzieję widzą, to krzewienie ‘Człowieczeństwa’ na zgniliźnie moralnej popkultury. Chociaż wolę być animalistą i mieszkać jak Gangre, z dala od ludzi, bo idea dzisiejszego społeczeństwa mnie mierzi.
Świetna książka