w nicość się obrócimy chociaż rozkazano nam czekać na krańcach
wypatrywać zorzy skrzącej krawędzie czasu tak długo jak stoi jesion
ten który dzieli nas na wysokich świetlistych i małych ciemnych

a kiedy cienie pokaleczą dłonie a ciernie ścielić się za nami będą
nie zetkniemy palców nie zegniemy grzbietów – bo bez aureoli
zrodzeni zostaliśmy i nikt nam mgły nie utkał w pióra – szelesty

przebij mnie na wskroś gdy dotkniemy skraju godności skraju ugoru
zanim pogarda oślepi moje oczy a obojętność zamknie usta
dopóki niosę słowo – wspieraj, gdy zdradzę – strąć niżej niż światło

niż światło tak szare pyłem z twojej szaty którego nawet nie możemy dotknąć
bo niegodni – mówisz – my których kochasz marni marnością piachu
chociaż są w nas anioły jest i cisza wierna, jest boskość ponad

ponad nami i ponad tym czym się stajemy w urywkach słabości

bo nas zbawiłeś i potępiłeś, a potępiamy i zbawiamy się sami

i wiemy, że nikt nie jest warty pamiętania – nawet my

Napisz odpowiedź