Straż NocnaDzisiaj, gdy wypatrzyłam w necie wiadomość o wydaniu kolejnego tomu z serii Świata Dysku, jak przystało na fankę, pobiegłam do Empiku, pod pretekstem zrobienia jeszcze na mieście koniecznych zakupów w drogerii. Chociaż książka została całkiem nieźle zachomikowana, niby na widoku, ale ginęła w tłumie, dorwałam, kupiłam i pobiegłam na chatę czytać. Połknęłam ją błyskawicznie. Nie, to nie jest zabawna książka. To już inny Pratchett, którego ślady widać było już w Piątym Elefancie, ale to postępuje coraz dalej. Szczerze mówiąc, pierwsze tomy Świata Dysku średnio mnie ruszają. Równoumagicznienie było nudne, tak sam jak Czarodzicielstwo, Kolor Magii nie porywał, Blask fantastyczny tak samo. Może dlatego, że z reguły szukam w książkach czegoś więcej niż dowcip, tzn. lubię się pośmiać, i poczucie humoru Pratchetta bardzo mi odpowiada, ale lubię też się zamyślić odrobinę chociaż w trakcie lektury. Pewnie dlatego przypadł mi do gustu cykl o Śmierci . I coraz to nowsze dzieła Pratchetta są wg. mnie coraz lepsze (wyjątek: Ostatni kontynent, ale ja w sumie za Rincewindem średnio przepadam). Seria o Straży, od pierwszego, średniawego tomu, rozwinęła się niesamowicie, razem z ewolucją “właściwie” głównego bohatera, Vimesa. Niektórych może drażni ta postać, spotkałam się z takimi opiniami, ale dla mnie ona jest tak świetnie nakreślona, że po prostu wychodzi z kartek książki, w trakcie lektury człowiek zaczyna myśleć jak Vimes. Mam nadzieję, że to nie tylko moje zboczenie i moja nazbyt bujna wyobraźnia. To nie jest ktoś bez skazy, ma swoje narowy i przyzwyczajenia. I na tym pewnie opiera się jego siła, banalnie mówiąc, przezwycięża trudności i jest w tym taki banalny i taki ludzki, że to musi się podobać mi, mającej z natury skłonności do banału (zresztą, co tu kryć, większość ludzi tak ma, to jest zapisane w naszej naturze, tylko nikt sie do tego nie przyznaje – nie dziwię się). Tylko ten sposób obrazowania postaci – raaaaany, jak ja bym chciała tak pisać.

Pratchett przeszedł daleką drogę od oryginalnej średnizny do banalnej rewelacji. Potrafi tak przedstawiać to, o czym człowiek w sumie wie, że przyciąga uwagę jak do czegoś nowego i odkrywczego. Chociaż, to właśnie jest odkrywcze – świadomość natury ludzkiej gdzieś w nas tkwi i wydaje się nam tak oczywista, że niewarta wspomnienia. I zapominamy o niej, pomijamy tą wiedzę, co prosto prowadzi do ogłupienia i chorej, jakże ludzkiej, hipokryzji. On jest w stanie wyciągnąć te brudy i wystawić nam je przed oczy tak, że sprawia to nam przyjemność, ale jeśli ktoś myśli – dostrzega ironię sytuacji.

“Straż Nocna” jest opowieścią heroiczną, pomimo że bohaterowie jej tak właściwie bohaterami nie są. Jak zostać bohaterem gdy chce się tego uniknąć? Jak sprawić, by później banda pismaków nie tłukła tekstów o heroizmie, by opowieści nie przekazywały legendy, głupiej i bezsensownej. Klasyczny przykład akademickiego rozdarcia pomiędzy realizmem a pragnieniem, poszukiwaniem zasad. Zasad utopijnych, tych słusznych, a nie narzucanych przez silniejszych. Frajerstwo, nie? Czy tak? Jednoczesna kpina z poświęcających się idealistów, i poświęcenie siebie samego – chociaż zawsze tli się gdzieś chęć przeżycia – ale nie kosztem innych.

Unoszę się, wiem. I co z tego? Nieczęsto można znaleźć coś tak zarazem prostego i skomplikowanego w, bądź co bądź, rozrywkowej literaturze. Może nadinterpretuję. Ale to trafia do mnie. Naprawdę trafia. Chociaż wiem, że przeczytam, potrwam chwilę w euforii i zapomnę, jak zawsze, jak każdy zapomina. Ale naprawdę dobrze, że czasem można sobie przypomnieć. O absurdalnych nadziejach, których nie można spełnić, ale trzeba się starać, by stało się to, co możliwe. O tym, że rewolucje pożerają własne dzieci, jak to wiadomo naokoło, a zawsze wielu powtarza stare błędy z historii. Ludzie nie uczą się na błędach. To bzdura. Zawsze ktoś myśli, że tym razem sytuacja jest inna, że to inaczej, że ja mam rację, że oni są źli, a to jedna cholerna bzdura. Nie ma idei dla której warto by ginąć – nie? Bo idea zwykle jest czymś wydumanym, wziętym z naszych własnych ambicji, kompleksów i pragnień. I nigdy wtedy nie patrzymy na innych. Idioci. Idioci. Idioci. Dlaczego zawsze, gdy dochodzą do głosu “szczytne” idee, wszystko kończy się źle, jak zawsze. I zaczyna się znowu źle, tak jak było. Historia zatacza swoje banalne koło. Czasem, gdy uczyłam się historii, jak to na profilu humanistycznym, dostrzegałam małe zależności, których wtedy nie zauważał nikt – dziś mamy ułatwioną sprawę i nadal nic nie widzimy. W skrócie – boże broń od fanatyków, od nienawiści. Idee powinny pozostać tam gdzie ich miejsce – w platońskim świecie idei. Wcielane w życie rzeczywiste, realne, codzienne – wcielane siłą, błyskawicznie, rewolucją – nie mają szans, stają się karykaturą. Wykrzywione naturą człowieka. Dlaczego tak mało jest tych, którzy trzymają się idei krok po kroku, stopniowo próbując zmieniać świat, nie w imię wyższego dobra ale w imię rozsądku?

Czasem… sama nie wiem.

Nie napisałam niczego odkrywczego, wiem. Tylko, to zabawne, ale właśnie o takich banałach się zapomina gdy jest wygodnie… Teraz ja piszę jak mały biedny, głupi frajer. Dla mnie mój świat tworzyły zawsze zasady, nie narzucone, ale pochodzące ode mnie. Ale wiem też, że nie wszyscy są w stanie utrzymać siebie w ryzach, swoje problemy i chore emocje. I dlatego anarchia nie ma przyszłości, nie ma sensu, bo nie zmienimy się wszyscy w bandę aniołów gdy ktoś zakrzyknie WOLNOŚĆ nie ma państwa, albo TYRAN OBALONY. Nic się nie zmieni, kochani. Nie w ten sposób.

Pesymizm. Czystej wody pesymizm, bo nie wierzę w dobro natury ludzkiej, wierzę w zwierzęta, które w ryzach trzyma światło, społeczeństwo – tylko niektóre jednostki mają na tyle silną wolę, by pilnować się samemu. Ja nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nagle załamał się ten system. Wojna atomowa czy inne cholerstwo, panika, walka o przeżycie. Nie wiem jakbym się zachowała, gdyby szło o mój byt. Martwi mnie to, bo nikt nie lubi świadomości że jest w nim coś złego co tylko czeka na chwilę nieuwagi. Nawet może nie tyle “złego”, co “nieoswojonego”, prymitywnego – a co za tym idzie – naturalnego aż do bólu. Nie wiem, czy bym dbała o więzi społeczne, wyższe uczucia, czy wszystko zajęłoby pragnienie przeżycia.

To gorzka świadomość.

Rozpisałam się, jak juz od dawna nie miałam okazji. Obawiam się, że tak zawsze będzie się kończyć, jeśli za każdym razem gdy najdzie mnie jakaś dziwna myśl, od razu siądę do klawiatury. Do tej pory szwung zawsze miał czas się ulotnić. Może to i dobrze.

A książkę naprawdę polecam. Pratchett ma niesamowity talent w uświadamianiu tego, co jest oczywiste. A tak poza tym, to dobra lektura. Zajęła mi może godzinę, z wypiekami na twarzy. I naprawdę żałuję, że tak szybko mi poszło. Język na wysokim poziomie, parę właściwie zabawnych scen – i o wiele więcej refleksji niż w poprzednich tomach. A cała fabuła miodem na serce szarego człowieka, którego życie ogranicza się do codziennej trasy szkoła-dom lub prac-dom.

Czekam na następne.

w nicość się obrócimy chociaż rozkazano nam czekać na krańcach
wypatrywać zorzy skrzącej krawędzie czasu tak długo jak stoi jesion
ten który dzieli nas na wysokich świetlistych i małych ciemnych

a kiedy cienie pokaleczą dłonie a ciernie ścielić się za nami będą
nie zetkniemy palców nie zegniemy grzbietów – bo bez aureoli
zrodzeni zostaliśmy i nikt nam mgły nie utkał w pióra – szelesty

przebij mnie na wskroś gdy dotkniemy skraju godności skraju ugoru
zanim pogarda oślepi moje oczy a obojętność zamknie usta
dopóki niosę słowo – wspieraj, gdy zdradzę – strąć niżej niż światło

niż światło tak szare pyłem z twojej szaty którego nawet nie możemy dotknąć
bo niegodni – mówisz – my których kochasz marni marnością piachu
chociaż są w nas anioły jest i cisza wierna, jest boskość ponad

ponad nami i ponad tym czym się stajemy w urywkach słabości

bo nas zbawiłeś i potępiłeś, a potępiamy i zbawiamy się sami

i wiemy, że nikt nie jest warty pamiętania – nawet my

Obijam się

luty 14, 2008

Te parę dni mi chyba nie zaszkodzi, i tak nowy semestr się zaczyna. Fartem dopiero w poniedziałek, ale siedzę w Lublinie od środy. Potem nadrabianie godzin wf-u i bieganie po wpisy.

Zasadniczo to… sporo się stało, ale jakoś nigdy nie miałam okazji usiąść z miejsca do komputera i opisać wszystkiego. A szwung się już ulotnił.

Egzaminy wszystkie pozaliczane, bez poprawek. Czyli chyba ok. Domenę dzisiaj opłaciłam (ostatni możliwy termin, oczywiście) i – odhaczone. Ale kieszeń boli, oj boli. Tym bardziej, że strzeliłam sobie dziś najnowszego Pottera. Jak na razie strona 295. To zabawne, z własnych finansów zapłaciłam do tej pory tylko za dwa pierwsze tomy, a każdy następny otrzymywałam w prezencie. Żeby było ładnie, regularnie i klamrowo – ostatni kupiłam. Chociaż, prawdę mówiąc, głównie dlatego, że nie byłam w stanie znaleźć “Lodu” Dukaja. Rany, wyprzedane już czy co? Nie przesadzajmy.

Co trochę zabawne (a trochę nie), niedawno odkryłam ( a właściwie to moja szanowna rodzicielka) mniej więcej 25 siwych włosów. Żeby było jasne – na MOJEJ głowie. Kopara mi opadła. Ludzie, ile ja mam lat? Wiem, że to sie zdarza, ot, genetyka, ale u mnie w rodzince chyba jeszcze nikt przedwcześnie nie posiwiał. Szlag, nigdy nie miałam ambicji przefarbować się na platynowy blond – mam nadzieję, że aż tak owa siwizna nie będzie się rozprzestrzeniać. Chociaż, jest też jasna strona całej sprawy – nie muszę się już obawiać, że na starość będę miała nieładny żółtawy odcień siwych włosów. Będą srebrzystobiałe (pytanie, czy dopiero na starość).

Jestem zmęczona po “całopopołudniowym” bieganiu po mieście. Aczkolwiek przez weekend też siedzieć w domu na zamierzam, tym bardziej, że przyjeżdżają ktosie, które już dawno miały do Lublina zajrzeć. I te ktosie niech tylko spróbują się nie odezwać – konsekwencje będą straszliwe(;. Dobrze, ktosie?<;

Pierniczy mi się nagrywarka dvd. I ciągle nie mam czasu ( a tak serio – ochoty) by to dokładnie sprawdzić.

Przeraża mnie plan na nowy semestr. Kurczę, nie ma zupełnie co robić. Ja lubię się obijać, ale bez przesady. Chociaż, kiedy wejdę w styczność z logiką i semiotyką jakieś komplikacje mogą się pojawić.

Napisałam nowy tekst, jak zwykle po zabójczej przerwie. Problem polega na tym, że podoba mi się (w ograniczonym stopniu) tylko pierwsza strofa. Ale lepszy rydz niż nic…

Acha, i jeśli jeszcze raz jeszcze ktoś zacznie mnie nawracać na Linuxa, to zacznę strzelać.

Nie możemy czekać, odkładać na później – niczego
bo nie ma przeznaczenia ani w nas ani poza nami
nie wolno nam pełznąć wśród pyłu – nie wolno czasu strawić
na zakazane jęki i modlitwy – co nie zbawią od złego

jeśli zerwiesz pióro gwiazdy, która na szubienicy nieba
wisi, płynie drogą mleczną, wznosi się i spada
spojrzy na ciebie – falująca rozczarowana pani – zdrada
i chociaż wzdycha to śpiewa – tak być musi, tak trzeba

jeśli nie masz w sobie dumy ostrej jak nici prządek
nie zranisz innych – ale tobie i tak przebiją gardło
jeśli masz – nie wykorzystasz, mozesz tylko pragnąć
topielcu jutrzejszego poranka – spłyniesz z prądem

bo skłoniłeś głowę i nadstawiłeś grzbiet giętki jak horyzont
przygniotło cię słońce, sparzył czerw i pozostał tylko trąd

Patetyczne to wyszło.

I czuję się stara.