Osiołkowi w żłoby dano

sierpień 21, 2007

… w jednym owies w drugim siano…

Nie do końca. W moim przypadku tych “żłobów” jest w cholerę więcej. I nie, nie chodzi o to by się “dorwać do żłoba” – ja już jeden potencjalnie mam. Trzeba się tylko zdecydować na któryś konkretny. Fajnie byłoby obżerać się z kilku, w czym celuje większość polityków, ale niestety… Jestem tylko zwykłym szarym zjadaczem chleba.

O co idzie? Jak już wspominałam, szukam laptopa. W moim miasteczku trochę z tym kiepsko. To co jest w gazetkach, niekoniecznie można znaleźć w sklepach. Niestety, ale jestem ograniczona finansowo. 3000 zeta góra, może sto w to czy wewte. I nie mogę czekać, a zewsząd podnoszą pyszczki małe, włochate pogłoski – “na jesieni będą obniżki!”. Jak znam życie, teraz coś sobie kupię, a za miesiąc będę ciskała gromy na własną głowę, bo za tą samą cenę będą dostępne o wiele lepsze egzemplarze. Tzn egzemplarze laptopów, nie głów. Ale nie mogę czekać. Za miesiąc to ja już będę prawdopodobnie w Lublinie.

Jakie mam wymagania? Albo cholernie duże, albo małe. Zależy od punktu siedzenia. Maszynka ma mi pociągnąć photoshopa cs2, mieć minimum giga ramu (najlepiej na jednym slocie) z możliwością rozszerzenia, nagrywarka dvd i konkretna (tzn pozwalająca na grę w Neverwintera) karta graficzna. Procesor dwurdzeniowy. W końcu cholerstwo ma mi starczyć na całe studia, chyba że w międzyczasie wygram w totolotka/znajdę dobrze płatną pracę (niepotrzebne skreślić, ale to mniej więcej ten sam stopień prawdopodobieństwa). Żadne kamerki, pilociki i tym podobne duperele nie są mi potrzebne.

I, co równie ważne, ten komputer musi być estetyczny… Chodząc po sklepach nie mogłam uwierzyć własnym oczom – niektóre modele wyglądają jakby projektant się pochlał w trakcie roboty. Mon dieu, notebook HP – solidna firma. A klawiatura wygląda jak wycięta z amigi lub jakiegoś przedpotopowego peceta. Taka wypukła, brudnobiała. Gdzie indziej metaliczna wystająca szpanerska kamerka. Albo od groma cholernych naklejek (których naklejający też musiał być w stanie wskazującym – chyba że to tak specjalnie “asymetrycznie”). Brrr. Chyba jestem na tym punkcie przewrażliwiona – ale w końcu laptop to komputer OSOBISTY. Zwykły pecet może nie być zachwycający, może sobie stać – byleby dobrze działał. A notebooka noszę ze sobą, i szlag by mnie trafił, gdybym musiała cały czas spoglądać na jakieś brzydactwo.

Na samym początku zastanawiałam się nad tym egzemplarzem. I przyzwoity, i estetyczny. Tylko ten Vista Home Basic… Premium jeszcze bym przeżyła, chociaż w ogóle jestem do Visty nastawiona jak pies do jeża. Ale Basic? Toż to wersja idioten frendly, sorx, ale ja lubię mieć odrobinę większe możliwości konfiguracyjne. Ale wybór notebooków bez systemu jest maciumci, a tych z Vistą Premium – jeszcze mniejszy. I nie w tej kategorii cenowej, cholera.

Zastanawiałam się nad tym Acerem. I nad tym Asusem. Ten byłby fajny, gdyby nie obudowa. Sympatyczne są też “czarnoklawiaturowe” HaPeki: ów i ów. Ten również. A za serce ujął mnie dopiero TEN. To już jest konkretny procesor, i po pół roku może już nie będzie przestarzały. Ale tutaj cena odrobinę przewyższa limit – chociaż nie na tyle bym nie zdołała się ugadać z rodzicielką. Tylko ta Vista Basic…

Wcześniej wypatrzyłam jakieś ARISTO. Cenowo może i sympatycznie, ale firmy totalnie nie kojarzę. Co to za jedni? Podobno sprowadzają części do Polski, i dopiero na miejscu je składają. Nie mam zaufania, ktoś o nich w ogóle słyszał kiedyś? I tak sobie myślę, że jeśli komputer ma mi wystarczyć na dłuższy okres czasu, to chciałabym by był jak najmniej awaryjny (bo bezawaryjne nie istnieją). Chyba nie opłaca się brać czegoś od zupełnie niesprawdzonej firmy.

Jak widać, jestem cholernie niezdecydowana. Z wdzięcznością przyjmę każdą radę. Sama właściwie się nie wyznaję w tej dziedzinie. Co jest najważniejsze przy zakupie notebooka?

Znalazłam dzisiaj (a ile dni już leżało – głowy nie dam) pod drzwiami pstrokaty podłużny papierek. Jakiś cholerny cyrk mi się reklamuje w okolicy. Nie lubię cyrków. Mam ciężki, nienaruszalny uraz od jednej wyprawy do takiego przybytku w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa. Czytam sobie papierek: “Ponad 60 zwierząt! wielbłądy, konie angielskie, kozy, małpki, gęsi (!), konie arabskie, lamy (na widowni też niejedna będzie…), osiołki (w tym wypadku też), kuce szetlandzkie, byk “Fernando” i…. ATRAKCJA! AFRYKAŃSKIE ZEBRY!”

Taaak… Prezentujcie, pasiaste siłą rzeczy, zebry, na tle pasiastego, brudnego, ponurego namiotu. Świetny efekt. Cudo.

W życiu w cyrku byłam może z dwa razy, i pamiętam, z jaką radochą wyczekiwałam tych momentów. Pierwszą wyprawę przetrwałam bez dostrzegalnych uszkodzeń psychicznych, ale ta druga… Ówczesny cyrk, nie pamiętam jak się zwał, Korona lub Zalewskich bodajże, szpanował bizonem. Bizonem. Nie żadnym krajowym żubrem, ale BIZONEM. Dla mnie, szkraba wychowanego ( a właściwie wychowującego się – byłam jeszcze w niewłaściwym wieku, dziw, że nikt mi tych książek nie zabierał) między innymi na prozie Karola Maya, prawdziwy BIZON był gratką nie do pogardzenia. Ciotka (sterroryzowana wrzaskami smarkaczy) zapakowała mnie razem z moim młodszym ciotecznym bratem do samochodu – i pojechaliśmy. Z przedstawienia pamiętam tylko krokodyle, właściwie to chyba kajmany były – nawet dla mnie, może 7letniego szkraba, wyglądały mało krokodylowato a bardziej kajmanowato (tu odzywają się inne książki – seria o Tomku Wilmowskim Szklarskiego). Spanikowane dwa lub trzy kajmany, tłukące się po arenie. Jeden podlazł pod sam brzeg, do miejsca przy którym siedziałam (pierwszy rząd). Kłapnął paszczą, zawinął ogonem.

Akrobatów nie pamiętam za cholerę, zawsze mnie nudzili. Czekałam tylko na zwierzątka. Wymachując świecącą palemką wypatrywałam w napięciu BIZONA. A figa. Okazało się, że za specjalną dopłatą można iść i obejrzeć go w “mini-zoo” – zagrodach i klatkach rozłożonych za namiotem.

Po “spektaklu” przeżyłam swoje pierwsze rozczarowanie. Koniecznie chciałam przejechać się na wielbłądzie. Było na zewnątrz takie stadko z poganiaczem. Ok. Ktoś mnie usadził i wielbłąd potruchtał w kółeczku z resztą. Było mi źle. Niewygodnie, śmierdziało… Z tym mogłabym się jeszcze pogodzić, w końcu zwierzak to nie pluszowy wyperfumowany miś. Ale i tak było mi źle. Już po zmroku, wszędzie panowała ciemność, rozświetlana od czasu do czasu rozbłyskami kiczowatych palemek i diabelskich rogów. Przygniotło mnie wtedy poczucie absurdu. Co te wielbłądy tutaj do cholery robią? To środkowa Europa, Polska, chłodny klimat, zimny wieczór, plucha, siąpiący deszcz… Tu wszystko było smutne. Nie pasowały tutaj. Były nieodłącznie związane z czerwonymi piaskami pustyń, zielenią oaz… Nie wyczuwałam żadnego “posmaku egzotycznej przygody”, tylko zmęczone zwierzę daleko od domu. Teraz to brzmi melodramatycznie, ale jako dzieciak odczuwałam to cholernie mocno. Cóż, byłam wrażliwym dzieckiem.

Później udaliśmy się do owych zagród, w poszukiwaniu bizona (oczywiście po wybuleniu odpowiedniej opłaty). Smutno i szaro. Błoto, kałuże, naprędce sklecone zagrody, pordzewiałe klatki. W końcu dostrzegłam bizona i poraził mnie jego ogrom. To był BIZON. Upadły, strącony gigant. Zawsze byłam drobnej budowy, a on wydawał mi się jak góra. Leżał ściśnięty w klatce mniejszej niż on sam, nie wiem, czy byłby w stanie się podnieść. Od czasu do czasu uchylał powieki. Tępy wzrok. Apatia. Zmęczone zwierzę. Zmęczone, zdychające zwierzę. Strącony kolos. Stałam tam i patrzyłam się, próbując dopasować w mojej dość bujnej wyobraźni, dwa wizerunki. Obraz bizona na prerii, wbity w moją głowę przez literaturę o Dzikim Zachodzie, i obraz tego biednego, dosłownie biednego stworzenia. Po chwili przestał budzić we mnie respekt i fascynację. Została litość i absolutny wszechogarniający żal.

I bezsilność. Jak mi było żal tego, niegdyś zapewne tak dumnego, stworzenia. Skończyć w ciasnej klatce, na widoku stad przypatrujących się przez pręty smarkaczy.  Chciałam już tylko stamtąd wyjść.

Od tej pory nie lubię cyrków. Nie znoszę ich wręcz organicznie.  Niech akrobaci trenują swój kunszt, proszę bardzo. Są wolnymi ludźmi, to ich wybór.  Ale wara od zwierząt.

Ulotka wylądowała (jak melodramatycznie) w koszu na śmieci.

Odpicuj sobie iPoda

sierpień 19, 2007

Nigdy nie byłam wielką fanką iPoda. I nigdy nie chciałam go mieć – normalna empetrójka z konkretną jakością dźwięku i konkretnymi słuchawkami zawsze mi wystarczała. I właściwie to nadal wystarczy.

Ale kiedy zobaczyłam TO
Btw, to odrobinę chore, nie sądzicie? Zapałać chęcią posiadania iPoda z powodów wyłącznie estetycznych.
No cóż. Położę się na chwilę i mi przejdzie, ewentualnie wezmę zimny prysznic.

un jour nous mourrons

sierpień 14, 2007

Mon journal, Dinven jest zmęczona i w paskudnym humorze, jak dawno się nie zdarzyło. Nie wiem właściwie nic o sobie, czy jestem beznadziejną romantyczką, czy stworzeniem absolutnie cynicznym. Przy pewnej granicy wszystko się zlewa. Nie jestem w stanie zdefiniować samej siebie. De toute façon, chyba po prostu nie mam szczęścia do ludzi.

Me pardonner ten zalew francuskiego, ale ostatnio odkryłam, że zaczynam już zapominać tego języka. Nie używałam go od kwietnia, od końca szkoły. Na studiach będę kontynuować naukę francuszczyzny – nie chciałabym przyjść na ćwiczenia i ani be ani me. Odrobinę sobie przypominam, słucham kilku piosenek, czytam… et cetera.

Chyba już się zdecydowałam na laptopa. Waham się pomiędzy dwoma, obydwa mają prawie identyczne parametry, tylko jeden jest “firmowy”, z systemem, a drugi – składany w Polsce, niejakie Aristo.

Zwykle dwa-trzy razy w tygodniu jeżdżę do Wawy, do pracy do Technicoloru. Ten tydzień jest wyjątkiem – przyjazd znajomego w poniedziałek, w środę święto… A ja po jednej “nocce” w robocie jestem absolutnie wyłączona na następny dzień. W czwartek pójdę się zapisać – może pojadę z raz.

Przyłapuję się na przedmiotowym traktowaniu ludzi. Taaak, to kolejne marudzenie z serii “jaka ja jestem zła, zgorzkniała i mroczna”. Bagatelizuję to jako wytwór mojego zmęczenia.

Szukam iskier szukam iskier.

Je cherche des étincelles. Pour moi se lever par-dessus les nuages. Je tomberai comme tout le monde qui a essayé voler. C’est la banalité, mais je l’ai dit avant- je ne peux pas habiter sans ces petites choses dans mon cerveau. Les étincelles sont cachées là-bas. Mon dieu, je suis vraiment pitoyable. Je souhaite que j’ai eu quelqu’un qui me soignerait pour de vrai. “Ne pas me baisse, comme vous m’a baissé avant”. Quelqu’un qui soignerait pas parce que mon apparence ou quelque genre de mystérieux. Je ne suis pas une devinette piquere une crise pour résoudre. Je suis juste la sacrée princesse dans la tour maudite. J’aime mon refuge, mais parfois…

 Ce n’est pas important.

Jak w tytule. Dinven wzięła szlachetną część swojego ciała w troki i przestała marudzić – wzięła się do roboty. Oficjalnie została klasycznym robolem, jak niestety, większość “pomaturzystów”. Do tej pory byłam w pracy 3 razy – z czego dwa w supermarkecie – rzut kamieniem od domu, 8h rozkładania towaru na półkach. Na trzeci raz pojechałam do Wawy, w poniedziałek bodajże. Do Technicoloru. Pakowanie płyt przy taśmie. Nie było źle, nie licząc faktu, że przez pierwsze dwie godziny męczyłam się ze specyficzną chorobą lokomocyjną. Te przewijające się, sunące nieprzerwanie taśmy. I szum. Ale przeszło.

Klasycznie, okres największego przymulenia przypadł na poranne godziny, tak pomiędzy 2gą a 4tą. Musiałam wyglądać jak śnięte warzywko lub zombi (do wyboru do koloru). Totalnie nie kontaktowałam. Ale to też przeszło.

Jutro znowu wybieram się “na zapis”, tym razem z koleżanką. Mam nadzieję, że będą miejsca.

A, dostałam się na AP. I co z tego? Nie zamierzam zostawać w Siedlcach na studia. Chociaż rodzicielka by tego chciała. Ale ona nigdy nie jest zadowolona, chciałaby żebym cholera jeździła do roboty co noc. Halooo, nie jestem sową. I swoje ograniczenie wytrzymałości też mam. Jakiejś liczby zarwanym nocy pod rząd się nie przekracza – dla zdrowia. Fizycznego i psychicznego. Gdy wróciłam z Technicoloru rano o 8, byłam absolutnie padnięta.

Anyway, idę spać. Branoc.