A PSIK!
luty 24, 2007
Zarazili mnie. Co prawda z błędem (wstydź się, Słońce), ale cóż, w świecie rzeczywistym mutacje wirusów też występują (ale adres mógłbyś zapamiętać==#)
Ok. Chodzi o to, by podać 5 faktów o sobie, nie znanych szerszej publiczności. Lecimy. To wcale nie jest łatwe po tylu latach prowadzenia bloga…
1. W torbie szkolnej mam taki bałagan, że jak ostatnio szukałam czegoś w małej kieszonce i po kolei wyciągałam całą jej zawartość, to koleżanka z ławki zaczęła się turlać ze śmiechu. Ja też. W momencie, gdy wyjęłam pilniczek(; A S\soczewkę ostatnio wydłubywałam z oka patyczkiem do paznokci. Nie byłam w stanie jej normalnie wyjąć z tymi paznokciami(;
2. Mam niesamowite kompleksy. Każdy komplement odbieram jako drwinę i atak. To taka przestroga, by uważać co się do mnie mówi – jeśli nie jest się całkowicie szczerym – wyczuję to zawsze(; A z drugiej strony pisanie mi wprost niesympatycznych rzeczy też boli – za wyjątkiem sytuacji, gdy odwdzięczam się z nawiązką. Ale czasem i tak mam wątpliwości, nie wiem, co na serio, a co żartem. ot, typowa kobieta (;
3. Moim pierwszym kompem”własnym” był kochany pecet. Celeron 400. Komputerem “granym” jakaś Amiga, u znajomego, za cholerę nie pamiętam jaka. Nigdy nie funkcjonowała dobrze, nad dyskietkami z grami to się wprost modliliśmy “działaj, no działaj…”. Zabawne, że idealnie chodziła tylko raz – noc 31.12.99/1.01.2000. Kiedy wszyscy tak straszyli pluskwą milenijną, komputery powariują i wogóle…
4. Nie znoszę flaków i tłustego mięcha. Zbiera mi się z miejsca na wymioty. Te przerosty w kotletach, chrząstki w mięsie… BŁE! U własnego faceta, gdy “wmuszono” we mnie taki obiad, tłusty, chrząstkowaty kotlet, musiałam pobiec do łazienki(;
5. Nie mam zielonego pojęcia o bebechach Windowsa (no, może odrobinę – do pewnego stopnia), a Linux zawsze mnie wkurzał – zbytnie przyzwyczajenie do okienek. Na kiego mi Linux, ten cud miód i orzeszki, jak żeby posługiwać się konkretnymi programami (AP CS na przykład) i tak musiałabym emulować Windowsa. Ale by z tym babrania było… Jestem przeciw poprawności dla idei – funkcjonalność i kompatybilność też musi być. I to taka, jaka mi pasuje. Nie zamierzam się dostosowywać do “mądrych” głosów – czasem lepiej być głupim.
A zarażam…Rumianka, Renfri, Zajca (w końcu coś konkretnego napiszesz(;), Xellię i tego cholernie niezdyscyplinowanego, kochanego Lorka (;
“Don’t care for me”
luty 23, 2007
Boli mnie głowa- jak zwykle ostatnio. Znowu schrzaniłam sobie kawałek życia. Jest za mną, gdzieś tam, nie obejrzał się i poszedł w diabły. Każdy wieczór spędzam w dymie kadzidła, otoczona świeczkami i sączącą się gdzieś w tle muzyką. I książka. Książka jest ważna. Daje uczucia, które można wepchnąć na miejsce własnych. Dałam sobie spokój z “rzucaniem” herbaty. Mam prawo do jakiejś przyjemności w życiu, tej jednej jedynej. Jeśli odrobina odurzenia da mi to szczęście – czemu nie, byleby ludzi przy mnie nie było. Mogłabym zacząć sobą gardzić, gdybym była w stanie na tyle skupić uwagę. Mózg odmawia mi posłuszeństwa. Nie potrafię zapamiętać najprostszych faktów, zdarzeń, liczb. Po głowie tłucze mi się tylko muzyka, bez przerwy.
“I Feel the pain, feeling like a fool”. Znowu coś poszło źle. Znowu ta ja jestem tą niedobrą. Niegrzeczna, niesympatyczna Dinven. Głupia Dinven. Nadęta Dinven.
Tylko czerń przed oczyma. Nie lubię formy “oczami” – jest taka “brudna”, “biologiczna”. Przywodzi na myśl oślizłe, galaretowate gałki.
Coś nie działa. Coś się zawiesiło. Poszedł trybik lub układ scalony się zjarał. Właściwie to dawno nie miałam takiego “dobicia” do ziemi. Jakby wbito mnie i zasypano, suchym, słonym piachem. Słowa, słowa, słowa. Znowu, moje małe, biedne kochane banały. Zostały przy mnie. One. Tylko. Może tylko do słów potrafię żywić jakieś uczucia. Właściwie to zawsze kochamy słowa, nie ludzi. To dźwięki tworzą najczystsze miraże.
Znowu słowo. Moje zapędy do podmalowywania i dramatyzowania są straszne. Czeka na mnie zwiędła róża w flakoniku, zwiędły szlafrok przerzucony przez nadgniłe krzesło – i – papier. Skończę jako egzaltowana wierszokletka, po 60-tce, zasuszona i zwiędła jak wszystko dookoła niej. Głaszcząca suchą dłonią z poobgryzanymi paznokciami czarnego kota, którego zawsze chciałam mieć i którego raczej mieć już nie będę. Zresztą, kolor nie jest ważny. Ważne jest… właśnie, co?
Moje bohomazy są tylko bohomazami, urywki kartek z paroma wersami materiałem na makulaturę, a głosu czy jakiegokolwiek talentu muzycznego dla mnie chyba zabrakło. Przekleństwo. Ja naprawdę kocham muzykę, tak jak słowa. A nie potrafię chwycić, stworzyć. Niczego. Wszystko jest puste. Jak można kochać i nie umieć tworzyć. To takie banalne. Zarówno sens jak i ciągłe, nadmierne męczenie zbitki liter “kocham”.
“Adieu”. “I see your face and smile”. Moja metaforo, czekająca gdzieś tam jutro pojutrze za rok za lat dwadzieścia jak czas się znudzi i przestanie bawić się ze mną w kotka i myszkę stale i uparcie rzucać przynętę i nie łowić.
5 marca prezentacja. Nie mam zapału. Był, spalił się i wypalił. Żadnej żagwi w pobliżu nie widzę. Przeczytam, i pójdę – znowu, do muzyki, świec, kadzideł i książek. I herbaty. Coś mnie gryzie. Dookoła mnie nie ma ludzi. Z jednej strony dobrze, z innej – nie najlepiej. Tak, na pewno to minie. Jak zawsze. Chwilowy niedobór światła słonecznego.
Tak, na pewno.
Cowboy Bebop OST3 “Blue” – Track nr 9 “Adieu”, nr 11 “Ave Maria”, nr16 “Farewell Blues”.
Oraz “Butterfly”, “Road to the West”, “Is It Real”, “Space Lion” i “Goodnight Julia” z innych OSTów Bebopa.
.szukać ciszy
luty 12, 2007
Czuję się jak rozplaśnięty na obszarze kilku metrów kawałek mięsa. Coś mi siedzi w głowie, i nie chodzi tu o kota. Coś coś. Coś napiszę, gdy dorośnie, ukształtuje.
Tia.
Bezksiężycowa
luty 10, 2007
chciałabym
napisać kiedyś taki wiersz o bezsenności
piekący jak oczy odrętwiałe nad ranem
stworzyć słowo lekkie ostre jak ból
chciałabym
utrwalić pragnienie bliskości
gdy mara senna o krok za daleko
a jej dłonie zaschnięte kartki papieru
chciałabym
nie słuchać wiatru który nie ma powiek
i też nie może zasnąć
kiedy ja trwam ściana światła
wiszę na granicy ciernie kolejna gwiazda
jasna blaskiem odbitym
wtopiona w podłogę
następna statua człowiek niedokończony
chciałabym opisać
niemożność tak cichą jak rozdarcie sufitu
na wskroś mnie
Zamknięty rozdział – studniówka – zdjęcia
luty 7, 2007
Jak obiecałam, zdjęcia z mojej królówkowej studniówki. W sumie nic interesującego, niemniej, zawsze to jakaś pamiątka. Ja jestem tym czymś w czerwonej sukience wiązanej na szyi(;. Have fun.
Na szczęście jestem pewna, że nikt mnie na ulicy by nie poznał na podstawie tych zdjęć – cóż, raz w życiu, na własnej studniówce można chyba odrobinę poszaleć z wyglądem. Zresztą, nie powiem, widok tylu zdziwionych twarzy sprawił mi niejaką przyjemność. Chyba każdy osobnik płci żeńskiej lubi zaskakiwać.
Nagranie na DVD, jak wspomniałam wcześniej, jest beznadziejne. Ale zdjęcia chyba są w porządku – nie rewelacja, ale OK.
Specjalnie z tej okazji oswoiłam Picasę. Ze startu przesiała mi cały dysk w poszukiwaniu plików graficznych – o cholera, jaki bałagan. I jak dużo tego… Nie mam pojęcia, jak się zabrać za porządkowanie zbiorów. A trzeba, trzeba. Sama już się gubię pośród folderów. Kiedyś to zrobię… Kiedyś.
17 marca 2008r, -Rok wystarczy. Zdjęcia zostały usunięte. Koniec tego dobrego(;
Eułrowiżyn Eliminejszons
luty 4, 2007
Wczorajszym wieczorkiem odrobinę się nudziłam – włączyłam TV i zobaczyłam (o cudzie!) każdy wie co. Dziś całe zacietrzewienie już ze mnie wyparowało, ale… Zwątpiłam w muzyczne gusta narodu. Naprawdę.
Trafiłam wpierw na Vino. Hm, pomyślałam, może coś z tego będzie… Nie wygrają, bo trochę undergroundowa muza, ale może być miło. A gdzie tam. Tak zmarnować… Piosenka ładna, ale niedopracowana jak jasna cholera. Człowiek czekał na jakiś “mocniejszy” moment, na jakiś kontrast. A figa. Monotonnie. Koleś wokalista nie miał złego głosu, ale dziewczyna za nim (było ją słychać chwilami) biła go głosem na głowę. Dlaczego nie śpiewali w duecie? Dodałaby odrobiny dynamizmu, rozmachu. To była dobra piosenka na mini koncert, ale nie, cholera, na eurowizję. Nie zaprezentowali się od najlepszej strony – żal, bo duży potencjał…
Późniejszej kolejności nie pomnę. Molędowie odstawili sentymentalną pioseneczkę ku sercom nastolatek (ale się przejechali, hehehe). Głosy wyćwiczone – ale cóż. Rozwalił mnie natomiast niejaki Mikael Erlandsson czy jak mu tak rodzinka na imię dała. Zastrzelcie mnie. Podtatusiały dandys, który ani nie potrafi śpiewać ani nie mówi po polsku – w polskich eliminacjach do Eurowizji. Co on tam cholera robił? Czy naprawdę wierzył że ktoś na niego zagłosuje? To jakiś dyżurny oblatywacz europejskich krajów – a nuż widelec się załapie na konkurs. Powinien ostentacyjnie podkreślić swoją wiarę katolicką (to nic, że pewnie katolikiem nie jest) – wtedy miałby jakieś szanse wśród starszych pań. Te białe ciuszki, różowo-błękitne światła i ta miłość w powietrzu… Jak nic podbiłby serca wielu emerytek.
Teraz pozytywniej – niejaka Natasza. Przyznam się, że wcześniej o niej w życiu nie słyszałam, a gdy dotarł do mych uszu jej pseudonim sceniczny i nazwa kawałka który zaśpiewa (“I like it loud”), pomyślałam – no, będzie techniawa, obcasy i bielizna na wierzchu. Rozczarowałam się na plus. Śpiewać to ona nie potrafi – nie ma co się okłamywać, to głos do teatru, mocny, wyrazisty itp – ale nie trzyma melodii… Jednakże plusik za wybór muzyki, nie taki zły kawałek – no i choreografia. Z pomysłem, trzeba docenić. Dziewczyna też ładna, obciachu by za granicą nie narobiła. Nic ambitnego, niemniej – ujdzie. Jak na Eurowizję ok.
Hania Stach. Ładnie. I tyle. Tylko że te spodenki pod sukienką…~~
Na koniec zostawiłam laureatów – The Jet Set. Też pierwsze słyszałam. Cholerny prezenter wykrakał na początku, że jeśli wygrają, to w trakcie finału głosować za Polską będą prawdopodobnie Rosja i Anglia (chodzi o narodowśoć “artystów”). Nie sądzę. I ja nie wiem, czy zasugerował tym ludzieńków całego kraju czy co? ludzie, powiedzcie mi, to jakiś wielki zgryw, prawda? To nie może być na poważnie. Padłam, gdy ogłosili wynik. Wyobraźcie sobie – panienka Sasha w ciuszkach a’la Moulin Rouge dla ubogich i niejaki David ruszający się hmm… “specyficznie”. Do tego klatka + trzy inne panienki + 3 innych facetów. A piosenka (obowiązkowo po angielsku) miała jakże ambitny tekst: “Czas na imprezę! Chodź bo na imprezę czas! Chodź ze mną, bo impreza! Chcę być z tobą!”. Kapituła “speców” (m.in. Cygan, ten koleś z Kombi, Zień i jakiś tancerz) osłupiała po ogłoszeniu wyników głosowania smsami. No pomyślcie – Jacek Cygan, zajmuje się tekstami piosenek – a tu wygrało takie poronione coś, wykrzykiwane jako tako do rytmu… Kolesia z Kombi nie lubię – ale tutaj miał niezłą zagwozdkę. Było widać jak na dłoni, że The Jet Set nie byli jego faworytami. I jak to powiedzieć? Wypadłby z łask koffanej młodzieży, gdyby się przyznał. Ej, nieładnie, koniukturalizm i konformizm. Jak w jego muzyce, tak w osądach.
Muahahaha. Boże. Ja Eurowizji oglądać nie będę. W sumie to nigdy nie oglądałam, więc bez zmian. Ale “toto” dedżetset jest gorsze od Blue Cafe. Ale obciach. Proszę, powiedzcie mi, że to wielka zgrywa. Że ludzie się zmówili. Akcja była, by wygrał najbardziej kiczowaty zespół. Ale nie – w takiej sytuacji laury otrzymać powinien ten niejaki Mikael cośtam.
Albo to wszystko było halucynkami po przedwczorajszej i wczorajszej dawce radioaktywnych pomarańczy z supermarketu. Ok, czyli poprostu obudzę się w karetce lub w szpitalu na płukaniu żołądka. A całe zdarzenie okaże się tylko narkotyczną wizją…
Tia. Frajer.
Radioaktywne pomarańcze
luty 2, 2007
Dinven nie lubi bywać w supermarketach, i unika tego jak tylko może. Ale dziś, po kościele, została zaciągnięta za uszy przez zdeterminowaną rodzicielkę. Na pytania “po cholerę”, nie uzyskałam odpowiedzi. Ale można się domyślić – kto niósłby te wszystkie torby jak nie ja… Anyway, teraz siedzę już “bezpiecznie” w domu i wpierniczam radioaktywne pomarańcze. No bo kurczę, ŻADNA nienapromieniowana pomarańcza nie może mieć takiego żarówiastego koloru. Chyba że ją wykąpali w farbie. A barwy nie puściła w trakcie mycia. Tak samo – odpadłam, poprostu odpadłam, gdy na kartonie mleka przeczytałam DUŻY napis – “smak gratis!”. Jak to dobrze, że nie piję mleka. Po czymś takim i tak nabawiłabym się fobii.
Brrrr. Supermarkety. Brrrr….
To nie był fajny tydzień. Nie licząc faktu, że zimuję w domu (ciągle chora), trochę zakuwam (matura…), to do poniedziałku muszę skończyć prezentację maturalną na polski, bo książka zzzziut do biblioteki. Ehm. No wszystko byłoby w porządku, gdyby nie drobny szczegół – ta prezentacja na razie pozostaje tylko w sferze umysłowej – nie napisałam jeszcze nic, mam tylko zamysł. A raczej mnóstwo zamysłów, jak ja to do diabła uporządkuję? Argh.
I jeszcze te cholerne tipsy. Zaczepiają o klawisze bezustannie. Chociaż już się trochę do nich przyzwyczaiłam – nie ma to jak czerwone szpony, a moje własne paznokcie musiałyby dłuuuugo czekać na taki wygląd.
Widziałam dvd ze studniówki. Z taką partaniną to ja się już dawno nie zetknęłąm. I tyle kasy facetowi płaciliśmy… Kur mać, nawet menu nie zrobił. Chaptery pocięte chyba na zasadzie “ene due rabe”, dźwięk zarywa, skrzypi, obraz zarywa… Tylko to, że znajoma uprzedziła, bym się zbyt wiele nie spodziewała, i to, że partner ze studniówki chce zobaczyć tą płytę, zapobiegło pojawieniu się latającego talerza na moim podwórku. Ja nie wiem co z tym będzie. Bo spora część mojej klasy ma chyba jakiś kompleks “to nic, że płacimy, ale to nie wypada prosić o jakieś bajery, nieładnie chciać dopasowania do klimatu sali (barok), a co ty myślisz, że on będzie we wstępie czcionkę zmieniał???”. Była propozycja, żeby to jakoś estetycznie dograć, jeszcze 2tygodnie temu, aby wybrać muzykę, graficznie “zbarokować”. A gdzie tam. Mnie w drugim tygodniu w szkole nie było – nikt inny się nie zainteresował. W sumie, ja też bym pewnie to olała. I tak mamy techniawę i animację a’la “dysko w remizie”.
Już, już, Dinven, oddychaj…
Byłam na studniówce w Prusie – innym LO mojego kochanego miasta. Ja chora – skrzypiałam tak, że chyba strach słuchać było. W każdym razie ludzie fajnie reagowali na mój głos. Ale dotrwałam do 4.30! *fanfary*. Nie było źle, tylko że… trochę sztywno. No i na dużej sali, gdzie tańczono, paliło się CAŁY CZAS światło. Kilka razy było gaszone – po chwili jakiś nauczyciel czy kto zapalał. Eeee… Ale tutaj partner też dobrze się spisał – a właściwie to ja powinnam się spisywać, bo ja byłam gościem a studniówka jego. No ale chora… Mam tylko nadzieję, że nie bawił się tak źle – co, Michał? (;
Teraz strasznie dużo czytam. Dużo jak na mnie. Przed studniówkami jakoś mało, jak na moje warunki, czytałam. I po tygodniu pojawiły się klasyczne objawy głodu książkowego. Poleciałam do biblioteki… I no. wiecie. Teraz mój mózg zaczyna się buntować. Jednocześnie czuję, że za dużo, dość, głowa mi pęknie, ten natłok myśli… Przy mojej bujnej wyobraźni to nie igraszki. Ale z drugiej strony – nie potrafię przestać. Chcę więcej i więcej… Słowa, słowa, słowa. Preczytałam któryś już raz większość książek z mojej biblioteczki, z biblioteki wyniosłam dobrych kilkanaście kilogramów literatury – nadrabiam wampiryczny cykl Ann Rice, serię o Bastardzie Robin Hobb, Pratchett, witkacologia i od cholery innych. I nie mogę przestać. Nie mogę.
Tak z 4 grube cegły na dzień. I tak nie śpię.
Taaak.
