nevermind nevermind
grudzień 29, 2006
Hm… Nie ma to jak dwie zarwane noce pod rząd. Pierwsza spowodowana bezsennością, a druga całkiem niezłą zabawą. Larp wyszedł dobrze. Jak od dawna się nie zdarzyło. Może to konieczność zainteresowania się strojem (obowiązywały kreacje wieczorowe – anyway, jakoś bardziej elegancko, faceci w gajerkach itp) wpłynęła tak dodatnie na klimat. Ludzie lepiej się wczuli. Tfu, ludzie.
Po pewnej godzinie, zaczęłam się “drzeć” o ciszę – cóż, wiadomo, wszystkim się cholernie przejmuję. Byłam w końcu odpowiedzialna za lokal. A w bloku w którym zagraliśmy ( a trwała noc) 90% lokatorów to emeryci. Nie do końca wyrozumiali. Z poddasza dźwięk nieźle niesie na niższe piętra. Na szczęście nikt nie zadzwonił na policję – było ok (;
Źle się czułam w roli lojalnego wampira – postać mnie ograniczyła. Ale cóż, grunt to się wczuć, czyż nie? Najzabawniejsze, że jako osoba popierająca władcę bezwarunkowo przez spory czas nie miała co robić – wszyscy spiskowali. Ale w sumie, to właśnie ja i tak wyszłam na swoje. Oni nie(; Wszystko ma swoje dobre strony.
Jeszcze nie odespałam. Wróciłam ok. 8 rano do domu, walnęłam się na łóżko i z miejsca zasnęłąm. Tyle że przed 11 i tak trzeba było wstać – próba poloneza==’. Naprawdę, całkiem poważnie rozważałam możliwość zostania pod kołdrą. Brrr, ciężko było. No, ale nie uległam podszeptom słąbej kobiecej, leniwej natury i ruszyłam tyłek. Oczywiście w domu zostawiłam leże w nieporządku, mając w planach po powrocie błyskawiczne udanie się spowrotem na spoczynek. Próbę odbębniłam. Wracam – a tu pościelone. Grau. Delikatna, acz wyraźna sugestia ze strony rodzicielki. W każdym razie, poradziłam sobie, stos poduch na podłogę, bierzemy kocyk… Zdrzemnęłąm się bodajże z pół godziny – i skapnęłąm się że ktoś od jakiegoś czasu wydzwania mi na komórkę. Aaaargghhh… Ludzie, dajcie spać.
Dziś zerwałam z małym kawałkiem mojego życia. To już nie miało sensu. Za bardzo się wszystkim przejmowałam. Za dużo odpowiedzialności to nie jest fajna rzecz. Koniec. the end. Sayo MG. Nie mam zamiaru się martwić – i tak wszyscy mieli to gdzieś.
Ja. Już. Nie. Ja. Też. Mam. To. Gdzieś. Dość.
Trzeba wyluzować. Sayo, Mangallery.
HO HO HO
grudzień 22, 2006
Tia. Mamy teraz wysyp “świątecznych” notek. Opiewanie tradycji, koncert życzeń i tym podobne słodkości.
Jakaś magia w tym jest. A raczej odruch bezwarunkowy, że podczas łamania się opłatkiem twarz człowiekowi sztywnieje i przybiera słodki uśmiech. Wcale mi się to nie podoba. Mam wtedy wrażenie jakby mówił ktoś inny zamiast mnie, staję się dziwnie wylewna, uprzejma. Coś mnie zmusza, narzuca mi takie zachowanie. Grau.
Słowa są niczym. No bo co komu szkodzi, pogadać, poprawić komplementy i miłe rzeczy zawsze można. “Życzę ci czegoś tam” nic nie kosztuje. I dlatego nie lubię tego zwyczaju. Wiem, że ludzie naprawdę starają się być mili, ale przez tą całą konwencję wszystkie wysiłki prowadzą jedynie do powstania jednego wielkiego obłudnego przedstawienia.
Najwięcej wyrażają gesty. Są najważniejsze. W trakcie takiego spotkania warto zwrócić uwagę na coś więcej niż kilka ociekających miodem zdań. Prawdę wskazują drobiazgi – małe znaki “zakopania toporu wojennego”. To dopiero jest sympatyczne. Aż się robi ciepło na sercu.
W tym roku krucho z kasą. Całkowicie nie wyszło z prezentami. Poprostu głupio się czuję. A wszystko, co robię, jest samolubne, egoistyczne oraz ma na celu tylko moją własną przyjemność.
Właśnie. Jest takie stare, mądre powiedzenie: przyjemniej jest dawać niż brać.
Tych tam… Wesołych.
Każdy jest od czegoś uzależniony.
grudzień 18, 2006
– co nie znaczy, że to fajna sprawa. I takim optymistycznym i odkrywczym akcentem rozpoczynam nową notatkę, której wcale nie chce mi się pisać, ale coś mnie zmusza.
I nie, tutaj nie chodziło mi o nałóg.
Odrobinę wkurzającym faktem jest, iż notki pisze się “lekko” tylko w momencie ostrych emocji. Przynajmniej w moim przypadku. A w takich chwilach nie należą one do najrozsądniejszych. Chociaż brzmią ładnie. Wszystko się układa w głowie, super – ale problem – brak dostępu do komputera w danym momencie. I “szwung” się ulatnia, a mi już nie chce się pisać. Za dużo przemyśleń na moją biedną, małą, głupią głowę.
Kupiłam tą cholerną sukienkę. Kupiłam. Boże, jaka ulga… Prawdę mówiąc, mam za sobą dopiero mniej więcej połowę wydatków, ale to w kwestii sukienki panowała największa presja. Z głowy. Czerwoniasta. Już jest. Nigdy więcej. Nigdy więcej nie dać się zwariować.
Leczę się z nałogów. No właśnie. Sporo odmian tego czegoś występuje wśród ludzi, od skrajnych idiotyzmów jak narkomania i alkoholizm, poprzez te troszkę mniej skrajne – mania zakupów, pracoholizm i papierosy (nie oszukujmy się – to śmierdzi), aż po te drobne i nieszkodliwe (prawie), np. “herbatoholizm”, “kawoholizm” i obgryzanie paznokci.
Alkoholu nie piję, mój stosunek do narkotyków wyraża się w krótkich, a dźwięcznych słowach, a palenie mnie korci jak cholera. Kiedy jestem zirytowana moje opanowanie zaczyna niebezpiecznie się kruszyć. Ale to, że mnie coś kusi, nie znaczy, że mam temu ulec.
No właśnie. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Strasznie mnie wkurza fakt, ze coś ma nade mną kontrolę. Herbata swoję drogą, na razie zmniejszam dawki, bo wyrzec się jej całkowicie jednak nie potrafię. Zresztą, nie mam jakiegoś większego powodu – zdrowia nie rozwala, wręcz przeciwnie, na mózg też wpływa dość delikatnie, i to w zależności od stężenia… Tak, wmawiam to sobie(;
Inna sprawa z obgryzaniem paznokci. Tak, irytująca sprawa, która właściwie nie powinna mieć miejsca w moim wieku. Cóż, może to efekt mojej nerwowej natury, słabej woli or sth?(; W każdym razie, kiedyś próbowałam z tym zerwać, no ale… Zużyłam z 3 buteleczki jakiegoś specyfiku do mazania paznokci, nadającego im paskudny smak – i nic. Przyzwyczaiłam się. Desperacja ogarnia…
A NAJBARDZIEJ denerwujący jest fakt, iż potrafię opanować się “świadomie”, ale są momenty w których człowiek zaczyna totalnie bez udziału woli… I marnuje cały wysiłek. Teraz się zawzięłam. Do studniówki będę miała, jeśli nie własne pazury (nie mam złudzeń – są na tyle zniszczone farbami i rozpuszczalnikami, że nie odratuję ich do idealnego stanu) to chociaż tipsy – zapuszczam by miały się na czym trzymać==’.
Koniec tego jakże fascynującego nudzenia. Mam nadzieję, że gdy skończą się te cholerne studniówki wrócę do “normalności”. Kasa będzie wydawana na książki i filmy, a nie jakieś mazidła, w sobotę będę mogłą się wyspać i spotkać ze znajomymi, a nie tłuc się po sklepach… Raj(;
Wracając do nałogów. Za Chiny nie rozumiem, jak można świadomie oddawać czemukolwiek nad sobą kontrolę. Przecież jak raz się wpadnie, to nie ma zmiłuj, nawet jeśli rzucisz, to do końca życia trzeba się pilnować podwójnie. Nie mówiąc już o tym, że osoba “pod dużym wpływem” wygląda poprostu żałośnie.
To może tylko mój uraz, ale cholernie mnie odrzuca gdy ktoś upije się w moim towarzystwie. I proszę mi nie pierniczyć o “wyluzowaniu” itp. Mam tak odkąd pamiętam. Człowiek, który nie ma nad sobą wcale kontroli staje się zwykłym zwierzęciem. Jakoś nigdy mnie to nie bawiło.
Nevermind.
Dlaczego nie lubię 3 klasy LO.
grudzień 6, 2006
Wczoraj matula udała się na wywiadówkę do mojej szanownej i szacownej szkoły. Odkryłam, że niewiele jest rzeczy gorszych od siedzenia i czekania na powrót rodzicielki ze “spotkania informacyjnego”. Brr. Ale żyję, rodzicom udostępniono tylko kartki z wynikami matur próbnych i wciągnięto ich w dyskusję o zmorze każdego trzecioklasisty i jego przodka – studniówce. Oczywiście matula mogłaby poprosić oddzielnie o pokazanie jej moich ocen, ale na szczęście nie zdecydowała się na to. Co ma sens, jeśli chwilę się zastanowić. Kto lubi sobie szarpać nerwy?
W każdym razie, żyję. Huh, dorzucili mi jeden punkt za historięO.o
A tutaj rozpoczyta się bardzo… “Żeńska” część notki.
Studniówka. Boże, koszmar. Już od dłuuuugiego czasu wiercą mi tym czaszkę. To sukienka, to fryzjer, to makijaż, to buty, to dodatki, biżuteria, szal, paznokcie…O.o Zabijcie mnie, sukienki nie mogę znaleźć (tia, wybredna jestem. A co.), mózg mi paruje od szukania fryzjera u którego mogłabym się zapisać na odpowiednią godzine… Kyaaaaaaa… Przygotowywania do imprez są może i fajne, ale w innej skali… Bo to to armageddon. I jeszcze droga starsza cały czas mnie jedzie za to, że nie jestem jeszcze w 100% gotowa. Litości! Przecież to jeszcze ponad miesiąc został.
W szkole to samo. Nie wiem jak wyjdzie z tym strojeniem sali. Bo z “ustnych” planów jak na razie wyłania się niezbyt zachęcająca perspektywa. Tak jak z balem na koniec gimnazjum – piękne plany, bordo i złoto (wtedy to miało być piekło, a teraz “bal u Wolanda”), a wyszło, za przeproszeniem, jak perski burdel lub “dysko” w remizie. Aż cholera mnie bierze jak to sobie przypominam.
A teraz? Wczoraj robiłyśmy zdjęcia. Tzn ja stałam z aparatem w oczekiwaniu aż wszystkie się wysztafirują (chociaż realnie to wyglądało tak, że dwie góra się “pacykowało”, a reszta kręciła się i czekała nie wiadomo na co – przynajmniej na początku). Po retuszu w photoshopie fotografie będą elementem dekoracji – w złotych ramach. Oczywiście konwencja zoobowiązuje – białe peruczki, gorseciątka, blada skóra i krwiste usta. W sumie, nie wyszło najgorzej.
Irytujące, chociaż w sumie należało się tego spodziewać, było to, iż kilkorgu się żadne ujęcie za cholerę nie podobało. Oczywiście wszystko na mnie – ej no, o wybaczenie upraszam, ale bez możliwości manipulacji światłem (jedyne dostępne opcje to włącz/wyłącz lampy i włącz/wyłącz flesha), aparatem cyfrowym z serii “idioten friedly” (dziękuję koleżance za przyniesienie – ale sama wiesz Ola – sprzęt profesjonalny to nie jest, nawet redukcja czerwonych oczu działa od czasu do czasu) nie byłam w stanie zrobić każdej dziewczyny jednym kadrem na przepiękną primadonnę. Urodę poprawię dopiero programem graficznym – jak się w końcu dowiem czy to ma być kolor, sepia, lub czerń-biel. No, ale uprzedzam – ideałów się nie spodziewać, to ma być tylko retusz a nie wyrób lalek.
Acha. Jeszcze jedno. Nie znoszę gdy ktoś mi stoi nad ramieniem w trakcie robienia zdjęć i rzuca rady w stylu “ucinasz jej to i tamto, przesuń trochę” itp itd. Ja rozumiem, że to akt dobrej woli i wogóle, ale poprostu tego nie lubię. To rozprasza. Ów aparat był cyfrówką, ergo: nie wyjdzie? zrobię jeszcze raz a tamto wywalę. I tyle. A przy kadrowaniu muszę spróbować kilku sposobów.
Ogółem – jestem świadoma, że to dopiero początek zamieszania związanego z ową uroczystą uroczystością na 100 dni przed maturą.
Wnioskując: Od powietrza, głodu, ognia, wojny i studniówek wybaw nas, Panie.
Howgh.
Acha, jeszcze jedno. W tym wypadku wszelkie złośliwe komentarze i opinie wynikają z “nastroju chwili” – to nic osobistego. Do nikogo.