.
listopad 10, 2009
Najgorsze chyba jest to, że tak naprawdę
na niczym mi nie zależy.
na przestrzeniach
wrzesień 17, 2009
szukam kotwicy w tej krainie ostrych szelestów
wypatruję skrzywionych cieni i czarnych świateł
w każdej nowej prawdzie – na przekór tym starymza światem nie ma nocy, jest lśnienie ulic próżni
zwiniętych węży o spękanej asfaltem skórze
żaden wiatr nie wieje na przestrzał, agonia powietrzaopowiem ci o szarości, o ciszy znękanej szumem
o wielokrotnych odbiciach złamanego nieba
o pustce, czułej metalicznym dotykiem kajdanopowiem ci o wierze – o słowie zimnym jak granit
własną baśń spod znaku potwora zza zasłony
o pasji lotu, która dumnie zniosła zdeptaniepoczuj chrzęst, usłysz wstrząs ziemi, gdy opada
kreśląc kręgi nieskończoności z każdym moim krokiem
jest wyrzutem. jestem wyrzutem mojego własnego sumieniasłuchasz mnie. pójdziesz za mną tą ścieżką – skrajem umysłu
zamkniesz oczy. zamknij oczy. zobacz lasy zesztywniałych ciał
zobacz migoczące pola, ty – wszyty srebrną nicią w miasta żywychoślepniesz splątany blaskami przeklętych pól niebieskich
ja zamilknę wreszcie. zostaniesz w mroku, jak ja bezsilny
wpatrzony ślepo w oczy boga, który już nas nie poznaje
.i była zgroza nagłych cisz
maj 10, 2009
Mam bloga (blogi raczej, ale jeden aktywny więc tylko on się liczy), konta w nk, myspace, facebooku, netlogu, gronie i od cholery innych, których i tak nie używam a znajomych nie kolekcjonuję (to nie znaczki ani puszki po piwie), swojego blipa, twittera też od dobrej połowy roku, tylko że wynikły ostatnio pewne problemy natury technicznej i zaczynam się irytować (oj, BARDZO irytować), soup.io – takie małe niewiadomo co i po co, deviantart od wieków i nie na amen, last.fm – o, to jeszcze całkiem pożyteczne jest, ale już blip.fm o kant tyłka można sobie potłuc. Reszty nie pamiętam i nie mam ochoty sobie przypominać, bo nie widzę powodu.
I nic z tego nie wynika. Nie mam już zbytniej ochoty bazgrolić co tam u mnie, uploadować fotek, linkować do ciekawostek. Mój sposób korzystania z sieci jest strasznie płytki, i przeszkadza mi to, przeszkadza jak cholera. Generuję tylko szum informacyjny, nawet jeśli sama nie dotrzegam w tym sensu. Przez jakieś 3 tygodnia w okolicach świąt mój komputer był w serwisie – siłą rzeczy miałam mocno ograniczony dostęp do Sieci. Nie płakałam szczególnie. Pierwsze 2-3 dni nosiła mnie głównie obawa o komputer, co padło, co się stało, czy to nieodwracalne, co z danymi na dysku (nawiasem mówiąc nawaliła płyta główna, w serwisie wymienili, pogłaskali komputerek po klapie i odesłali). A Internet? 15-30 minut dziennie od biedy wystarczyło.
Nuży mnie ten cały bełkot o Web2.0 i 3.0 od czasu, gdy pisałam o tym stan badań. Pół roku temu poprawiłam pracą na zaliczenie, i jeeeezzzuuuu, nie dotknę się już do tego w przeciągu przynajmniej kilku najbliższych lat. Jak najszybciej muszę wykombinować temat na kolejną pracę, a później – jeszcze na licencjacką. Nie mam pojęcia. Zielonego. Za pasem sesja, egzaminów wystarczająca ilość aby nabawić się bólu głowy. Szukam jakiejś w miarę ciekawej oferty praktyk, znalazłam jedną do której się zapaliłam, a tu siupryza – trzeba byc przynajmniej na 3 roku. Acha. Fajnie.
Ogółem wszystko jest w porządku.
Czuję się bardzo zmęczona.
[tak na bezczela: Klik klik
koniec z dinven.pl
luty 13, 2009
…przynajmniej na jakiś czas.
Tzn nie koniec bloga, chociaż i tak ledwo zipie. Domena, proszę państwa, domena. Nie miała baba problemu poszła sobie do lekarza. A lekarz jej przypieprzył lekami na astronomiczną, jak dla studentki o ograniczonych finansach, sumę. I tak się składa, że jutro mija termin opłacenia domeny za następny rok, na którą to opłatę nie mogę sobie aktualnie pozwolić. Może za trzy miesiące, po ukończeniu kuracji, jak mi wcześniej nie podkupią.
Przez jakiś czas powinna działać domena dinven.eu , nie pamiętam kiedy ją kupiłam. Anyway, w przypadku linków czy czego tam, proszę o zastosowanie dinven.wordpress.com
Jeśli ktoś ma pracę w Lublinie dla niepotrafiącej nic robić studentki kulturoznawstwa (studia dzienne) – chętnie zapoznam się z ofertą. (Ale kreatywna jestem, o! A to chyba słowo klucz)
Jak się już coś pierniczy, to wszystko na raz. Ech.
CHOLERA NO.
Mai Yamane - Don’t Bother None
uciec ukryć się
styczeń 24, 2009
za oknem jasno jest noc
za zasłoną siedzi szatan kiwa na mnie palcem
ma gładką twarz drewnianą jak jezus boleściwyza oknem szaro jest wiosnazimalatojesień
w nieregularnych przebłyskach
jest koronka zielonych zeschłych liści
drgasz drgasz widzę cię w wilgotnym powietrzu
wisisz na krawędzi dachówek
tłuczesz piórami przestrzeń pada śniegza czerwoną zasłoną siedzi szatan
rozciera skostniałe dłonie dziwny dźwięk takie szszsz
jego wzrok odbija się od szyby
skaczą iskryza oknem puchnie warstwa puchu miękko i ciepło
falujesz lina skrzypi
skrzypi wiatr skrzypią drzewa skrzypię ja
też na skraju podobna tobie
obejmę cię wisisz tak blisko
będę miła pocieszę…
szatanie szatanie co siedzisz na drodze
wtop się w podłogę, powstałam, odchodzęszatanie drewniany tak dobry mój miły
nie twoje są dłonie co mnie odmieniłynie twój jest zapach ciepłej zorzy poranka
nie twoje włosy włos skręcony barankato on, skrzydlaty co pióra na wietrze trwoni
pobiegnę boso po śniegu kto z was mnie dogoni?…
nocy tak jasna jak przestrzeń nade mną
dlaczego gdzie pójdę zamierasz-ciemno, jak ciemno
Sesja. Cóż dodać więcej
styczeń 24, 2009
Mr. Big – Take Cover
Nie wiem, może to tylko ja, ale czy miewasz czasem wrażenie, że napisałeś już wszystko, co mogłeś napisać, wymysliłeś i stworzyłeś coś w takiej ilości, że zatrzymałeś się na swojej własnej granicy, na nic wiecej cię nie stać. Kiedy starasz się, przez głowę przelatują ci tylko strzępki starych pomysłów. Takie ogniste, złośliwie chichoczące czaszki z kreskówek, przelatujące nad głową. Co przed tobą, czy przyszłość będzie się w czymkolwiek różnić od teraźniejszości, to czy nastąpi jest w tej kwestii mniejszym problemem.
Znowu brak słońca, jest szaro, boli mnie głowa, mam nadzieję że to nie grypa, której epidemią juz straszą na wszelkich portalach “informacyjnych”. Zrobiła się ze mnie gorsza jęczydusza niż zazwyczaj.
Zaliczenia w sumie za mną, jeszcze tylko informatyka dorwę i wpis z historii literatury mi potrzebny. W poniedziałek egzamin, nie przeczytałam jeszcze wystarczającej ilości książek. Siedzę i czytam i piszę i zaraz kręćka dostanę. Z imprezy zrezygnowałam, bo jak wstanę od tego wszystkiego, to już nie wezmę się znowu. Zresztą, nie mam czasu.
Dorwałam kilka płyt Mr. Big i słucham ich w kółko. Dobra muzyka. Bardzo dobra. Zaczynam wracać do rocka. Wzięło mnie jakoś po obejrzeniu anime Beck, nieraz słuchałam muzyki tego typu, ale oddaliłam się od niej ostatnio na rzecz przeróżnych eksperymentów. Powrót. Kawałek, który męczę w tym momencie to Take Cover. Akurat to wideo jest beznadziejnej jakości, ale i tak warto posłuchać. Wokalista to facet, zaznaczam, oglądając teledysk mozna się pomylić. Niektórzy pewnie kojarzą, Shine robi za ending do anime Hellsing. A nagranie, przez które zaczęłam szczerze żałować, że zespół się rozpadł i nie będę miała możliwości posłuchać ich na żywo znajduje się tutaj. Pooooleeecam. Acha, i zakochałam się w głosie z samego poczatku utworu A Little To Loose. Mrr, to właśnie lubią tygryski.
Router się pierniczy. Zasilacz się spalił, wymienili nam w sklepie. Ale sam router też zaczął robić jazdy, co jakiś czas trzeba go restartować bo odcina net. Poblokował też porty, złośliwiec jeden. Jeszcze miesiąc gwarancji, za parę dni skoczę do sklepu i ładnie poproszę o zrobienie czegoś z tym.
i tyle.
.armagedon za pasem cz.2
grudzień 19, 2008
No dobra, druga część jest, bo w pierwszej się dość mocno rozpisałam, a żeby nie przedłużać, podzieliłam. Ale trzeciej może nie być. Chyba.
Dotarłam w końcu do domu, rodzicielka krąży po pokojach jak tygrys. Zamówiła komplet wypoczynkowy, i od tygodnia go przywożą. Za pierwszy razem – o obiciu w innym kolorze. Przeprosiny, pomyłka, załadowali spowrotem i pojechali. Drugi raz – to samo. W kulki sobie lecą? Nie mają w magazynie tamtego koloru i próbują wcisnąć ten? Następnym razem po prostu nie przyjechali. Szanowna matula wkurza się bardzo łatwo (i mocno, mnie za to naprawdę wpienić jest ciężko, ale intensywnością potrafię straszyć jeszcze bardziej). Na czwarty raz umówiła się z nimi na czwartek przed 12.00. Przed, bo później jechałyśmy na potężne zakupy do centrum. 11.00, 11.30 , 12.00 … Dzwoni kobieta z firmy i pyta, kiedy matka będzie w domu. No ja pier… Mateczka podziękowała i rzuciła słuchawką. Oczywiście trzeba było się po tym na kimś wyładować, zgadnijcie na kim?
Na domiar złego, dostałam wtedy wiadomość na gg od sołtysowej roku – nasza ukochana pani profesor w końcu sprecyzowała prace na zaliczenie. Dwie. Wcześniej wiedzieliśmy o jednej. Druga ma zostać napisana z 25 pisarzy i 25 książek (biografia, analiza i pytanie o odniesienie do współczesności). I teraz dowcip. Termin – 6 stycznia. Zgon. To nie jest jedyna rzecz, którą mam do roboty w związku z końcem semestru, a będąc w Siedlcach, jestem siłą rzeczy odcięta od biblioteki UMCS-u. Hej, mamy święta. Czyli sprzątanie, zakupy, przygotowanie Wigilii, ogólna nerwówka rodzinna. I 25 PISARZY I 25 KSIĄŻEK DO OPRACOWANIA. I reszta projektów. I nauka do egzaminów i zaliczeń. Do 6 stycznia. Chyba trzeba będzie pocwaniakować, bo inaczej tego przedmiotu nie ugryzę. Depresja.
Meble przyjechały wieczorem, tym razem te, które się kupiło. Jak rodzicielka wcześniej szaty darła, że stara kanapa jest stara i niewygodna, teraz jej nie pasuje nowa kanapa i fotele. Bo inne. Bo nowe. Bo kanapa twarda (wyrobi się przecież z czasem, ne?), bo fotele za wiele miejsca zajmują (trzeba było myśleć wybierając, ja się pytałam, gdzie zamierza te fotele wstawić), bo poręcze drewniane (jak wyżej, uprzedzałam, że średnio wygodne będą), bo nie wiadomo jak rozstawić (jak wyżej). Pokrótce mówiąc, zła jak osa. I demonstruje tą złość, oj demonstruje.
Naprawdę nie rozumiem, jak można się tak wszystkim przejmować. To szukanie czegokolwiek, do czego możnaby się uczepić. Szkodliwe i dla danej osoby, i dla jej otoczenia. Ale niektórym nie dogodzisz.
Btw, firma od tych mebli to ABRA (wiem, wredna jestem, ale tego podwójnej błędnej dostawy i olewania klienta nie daruję. Odniosłam wrażenie, jakby komplet z jasnym obiciem im zalegał w magazynie i chcieli go po prostu komuś wcisnąć, zamiast męczyć się ze ściąganiem ciemnego z innego miejsca. W myśl zasady, lepszy wróbel w garści niż skrzypek na dachu (czy jakoś tak to szł0).
Informacja pogodowa – od paru dni mgła jak w Silent Hill, zimno jak w którymś kręgu piekielnym (był chyba taki?), a dziś zaczął padać śnieg. Wrażeń olifaktorycznych dostarczają niezjedzone kanapki z szynką, przygotowywane przez matkę dla brata do pracy, i które ten cwaniak zabunkrował w najniższej szufladzie biurka. Echhh, i to są te same geny? Jeszcze dzień i matula trafi do nich na węch (a ten ma wręcz zjawiskowy). Będę miła i mu to uświadomię jak wróci.
Wracam do pisania biografii. Wesołych świąt (tak zawczasu).
.armagedon za pasem cz.1
grudzień 19, 2008
Od razu zaznaczam, że nie wiadomo czy nastąpi część druga (lub trzecia). Ale w przypadku apokalips wszelkiego rodzaju to raczej normalne.
I aby dać upust narastającej we mnie ostatnio frustracji, muszę zakląć. Publicznie. Jednakże starając się nie urazić co wrażliwszych czytelników uczynię to sposobem (grunt to sposób, ne?)
KUUURRRWAAAAAAA!!!
Dziękuję za uwagę, już mi lepiej. Teraz konkrety.
Tytuł notki oczywiście jest klasyczną hiperbolizacją. Ot, miałam cięzki tydzień, a następne dwa zapowiadają się nie lepiej. Suma małych wkurzających drobiazgów + masa roboty na zaliczenia.
W dzień mojego wyjazdu z Lublina spierniczył nam się na amen piecyk gazowy ogrzewający wodę. Kaprysił właściwie od początku, ale przymykałyśmy na to oko. No ale. Wiecie jak fajnie jest brać prysznic i myć włosy w lodowatej wodzie? Na obozie żeglarskim można to ścierpieć – w centrum miasta w śrosku (prawie) zimy – NIE. Telefon do właścicielki. Jej pierwsze słowa: To może trzeba było bardziej oszczędzać? No cholera, witki opadają. Co oszczędzać? Wodę? Bardzo chętnie, gdyby piecyk dobrze działał nie musiałybyśmy lać hektolitrów zimnej wody zanim palnik zaskoczy. Gaz? No przecież on sam się tym sposobem oszczędzał. Zresztą, i tak my płacimy wszystkie rachunki. Piecyk? To po diabła on tam wisi, dla ozdoby? Wstążeczką może go przewiązać mamy, kokardką przystroić? A tak w ogóle to co ma piernik do wiatraka? Pogadała, pogadała, spec ma w poniedziałek przyjść, i niech się kobieta modli aby wszystko było ok, jak powracamy po świętach na stancję.
Btw, to był Dzień bez przekleństw. Ha ha. M. rano pod prysznicem, bluznęła ładnie, a ja nadrobiłam wieczorem tego samego dnia.
Właśnie, wieczorem. Po 3 h jazdy pksem mój mózg zaczął przejawiać pewne więzi rodzinne z owsianką. Facet zatrzymał się na zwykłym przystanku autobusowym, wyskoczyłam, otwieram bagażnik, coś pusto, moja walizka leży na swoim miejscu, innych nie widać, zresztą, ciemno. Chwytam ją, zamykam klapę i biegnę do samochodu ojca. W momencie ładowania walizy do samochodu krótki rzut okiem i strzał adrenaliny. TO NIE MOJA! Identyczna prawie, różniła się tylko dwoma ciemnozielonymi paskami. Ojciec się na mnie z przerażeniem patrzy, a ja puszczam piękną wiązankę, przez głowę przelatuje mi spis przedmiotów w moim bagażu. Ładowarka od telefonu, zasilacz od laptopa, ksiązki na zaliczenie, notatki, ciuchy, kosmetyki… A drugiego bagażu w momencie wyjmowania nie zauważyłam, bagażnik był pusty. Zarąbał ktoś wcześniej?Zarzuciło mną, biegiem spowrotem na pksy, złapać kierowcę. Odjechał mi sprzed nosa. Obrót w miejscu, sprint do poczekalni, gdzie regulamin, jest! Numer telefonu do dyspozytorni, odbiera jakiś facet i on nic nie wie, nie pomoże, bo autobus z Sokołowa Podlaskiego był. Proszę o numer, on, że nie ma (no cholera!) proszę, żeby znalazł, przecież jedna firma do diabła, po coś koleś tam pracuje, znalazł się numer w tempie błyskawicznym. Dziekuję, dzwonię do Sokołowa. Numer niepoprawny. A wpisałam na pewno dobrze. Kolejna wiązanka, ludzie w poczekalni wbijali we mnie gały. Telefon do M., proszę o znalezienie numeru w necie. Ojciec mnie zgarnia i jedziemy do Sokołowa (jak dobrze, że dojeżdzając do domu zadzwoniłam po niego, by mnie podwiózł, bo teraz bym chyba na piechotę drałowała). Po drodze zajrzałam do walizki, na wierzchu notes, jest imię i nazwisko na jakimś kwicie, ale telefonu niet. Ale adres! jest adres! Sokołów Podlaski! Czyli dziewczyna się nie pomyliła wcześniej, tylko jeszcze siedzi w pksie, a ja zakosiłam jej bagaż. Pytanie, co z moim?
Dostaję sms od M. , jest numer. Dzwonię. Tu z kolei facet miły, skłonny do pomocy, podał info do kierowcy przez te ich radio. Już jestem spokojniejsza. Dojeżdzamy, biegnę na tamtejszy dworzec, tam czeka na mnie kierowca z tą dziewczyną. Oddałam jej walizkę przepraszając. A oto co się okazało – w trakcie jazdy moja walizka poleciała gdzieś na sam bok, w kąt bagażnika. Ten był nieoświetlony. Waliza dziewczyny za to przesunęła się dokładnie na to miejsce, gdzie ja położyłam wcześniej swoją. Jaka ulga… Ale po tym kopie adrenaliny nosiło mnie jeszcze do północy.
Ta sympatyczna przygoda dość mocno nadwątliła moje zauwanie do pksów. Prawda, teraz to ja byłam tą sierotą, która nie poznaje własnej walizki. Ale zaraz zaraz, tak naprawdę, kto broni komukolwiek wysiadającemu pomiędzy pierwszym dworcem a tym docelowym, zakosić czyjś bagaż? Oprócz wrodzonej uczciwości, oczywiście. Nikt i nic. Bilety nie są imienne, potem szukaj wiatru w polu. Nie wiem, jak często takie kradzieże się zdarzają, mi się jeszcze nic podobnego wcześniej nie przytrafiło. Może więc z tą polską uczciwością nie jest tak źle? Ale wątpliwości pozostają, że tak banalnie podsumuję.
.jesienna depresja
listopad 17, 2008
Przy takiej pogodzie przypominam sobie że nie jestem już nastolatką, studiuję na absolutnie niepraktycznym kierunku, jestem paskudnie leniwa, złośliwa i coraz bardziej siwieję.
Nic, tylko siąść w jakimś mrocznym kąciku, odpalić bardzo emo-cjonalną muzyczkę i pobawić się zdezynfekowaną żyletką (zakażeniom krwi mówimy stanowcze nie).
Sensu, sensu! Słońca, słońca!
.Falkon 2008 (nie nazwałabym tego relacją czy recenzją)
listopad 17, 2008

Krótko i do rzeczy: przeszła mi mania na konwenty, na Falkon zajrzałam właściwie tylko i wyłącznie dla larpów (i nowej książki Ćwieka). Gdyby nie fakt, że teraz mieszkam w Lublinie, to pewnie bym nie ruszyła tyłka. W zeszłym roku wystarczyła paskudna pogoda by mnie zniechęcić do Falkonu. QED, nie jestem juz typem aktywnego erpegowca. Ostatnią “tradycyjną” sesję grałam z rok temu, od dłuższego czasu poprzestaję na larpach i zamiłowaniu do fantastyki literackiej.
Po przybyciu na konwent i wykupieniu akredytacji chwilę zajęło mi zorientowanie się, że otrzymana dopiero co książeczka (ta większa) wcale nie zawiera programu. WTF? Ot, bywa, zabrakło. Na szczęście właściwe programy zostały dowiezione po jakimś czasie. Zgrabne, mieszczące się do kieszeni (dużej) zeszyciki. Ładnie wydane. Pod względem edytorskim stanowczo na plus. Jako bonus gustowna karteczka z erratą (standard na polskich konwentach, obawiam się) i dyplom uczestnika konwentu. Yay, poczułam się nobilitowana.
W informatorze konwentowym zamieszczono kilka opowiadań. Ucieszyło mnie jedno, autorstwa Agnieszki Hałas. Dość krótkie, stanowiące raczej wprowadzenia do powieści niż samodzielny utwór. Z tego co pamiętam, autorka miała wydać książkę już daaawno temu, a w każdym razie takie słuchy mnie kiedyś dobiegły. Może się w końcu doczekam.
Kolejny tekst, spod klawiatury Andrzeja Pilipiuka wzbudził we mnie uczucie deja vu. Czy motyw śmierci Wędrowycza nie występował już w którymś z tomów opowiadań?
Co do “Wybrzeża nienawiści” niejakiego Rafała Włoska – nie chciałabym być niemiła, ale obawiam się, że to nie do uniknięcia. Bardzo “oryginalna” narracja i konstrukcja dialogów. Patos się wylewa z odstępów pomiędzy wersami i zatapia niczego niepodejrzewającego czytelnika. Bul bul bul. Głębia charakteru głównego bohatera oraz powalająca konsekwencja i logika jego działań wręcz zabijają. Fabuła jest mniej więcej tak skomplikowana jak w standardowej cegle napisanej na podstawie AD&D. Język kwiecisty, soczysty i sssmakowity. Ten nieprzenikniony mrok, ciało ulepione z cierpienia, ścierwa i smukła, ziemista twarz w metalowym hełmie. Mniam mniam. Opowiadanie wygląda na urywek powieści (planowanej zapewne). Tej książki nie zamierzam wyczekiwać z utęsknieniem.
W falkonowym informatorze spodobał mi się pomysł dorzucenia kilku krótkich biografii najsławniejszych piratów. Właśnie takie drobiazgi budują klimat.
Em, no dobra, wracamy do samego konwentu.
Na miejscu mile mnie zaskoczył widok sporej liczby przebranych postaci. To oczywiste, że na takich zjazdach zawsze pojawią się osoby w oryginalnych strojach, ale tym razem było ich jakby więcej. Acha, zapomniałabym – nigdy nie przepadałam za “kocimi uszkami”, ale chyba zrewiduję swoje poglądy w tej kwestii. Co prawda nie na tyle, by samej je założyć (uszy nie poglądy) – co to to nie. Ale popatrzec miło(;
“Wyspa” oferuje całkiem sporo miejsca, ale i tak nie można było znaleźć kąta wolnego od przetaczających się tabunów fantastów. Ogółem życie kwitło. Można było to zauważyć już po jednym dniu konwentu – brak pryszniców dawał się we znaki. Na szczęście ja nie miałam tego problemu – na noc wracałam do mieszkania. Na terenie konwentu było w miarę czysto i spokojnie, obsługa raczej spisała się dobrze. Chociaż dalej nie rozumiem obecności w regulaminie punktu dotyczącego niespożywania alkoholu – i tak najwyraźniej nikt się tym nie przejmował. Kilka minut po wejściu na teren konwentu, w piątek, około 21, zderzyłam się z paroma mocno już nieświeżymi panami. Przy samych drzwiach, parę kroków od ochrony. Jechało jak z gorzelni. W łazienkach co rusz ktoś przeżywał ciężkie chwile. Aż chwytało za serce. Nie mam zbyt restrykcyjnych poglądów jeśli chodzi o alkohol na konwentach. Z umiarem – czemu nie? Problem w tym, że słowo “umiar” dla każdego ma chyba trochę inne znaczenie. Zresztą, jeśli coś się wpisuje do regulaminu, to chyba trzeba tego pilnować?
Było kilka obsuw w programie, ale na którym konwencie się nie zdarzają. Ogółem, każdy miał możliwość wysłuchania wielu ciekawych prelekcji.
Wzięłam udział w dwóch larpach. Rolę w pierwszym (“Poker na parze”) niestety zapierniczyłam, bywa. Sam larp trochę chaotyczny, w pewnym momencie, kiedy ludzie spoza gry zaczęli włazić do sali, nikt już nie wiedział co się dzieje. Drugi larp (“Władza na wydaniu”) był rewelacyjny, same teksty na kartach postaci powodowały syndrom zwijania się ze śmiechu. W tym wypadku ustrzeżono się chaosu, wszystko było pod kontrolą prowadzących. Dzięki(;
Z konwentu zmyłam się w niedzielę po północy, trzeciego dnia już nie nawiedzałam.
Acha, i na stoisku Solarisu dorwałam trzeci tom “Kłamcy” Jakuba Ćwieka. Przeczytane natychmiast, recenzja wkrótce (jak mnie projekt z historii sztuki nie przywali).