Kompilacja miesiąca

kwiecień 25, 2008

* Ok, jestem już oficjalnie usankcjonowanym piratem drogowym. Jeszcze tylko odebrać papierek i można szaleć. Tylko czym. Kpina, samochodu nie mam i nie będę mieć w najbliższym czasie - bo po cholerę. Ot, kawałek plastiku jest mi potrzebny jedynie na przyszłość. I zawsze to jakiś plus przy poszukiwaniu pracy. Przynajmniej problem z głowy. Phhh, już drugi egzaminator mnie nawet pochwalił, że bardzo dobrze jeżdżę. I dopiero on mnie nie oblał. Boki zrywać. Chociaż poprzednim razem to tylko moja wina była i mojej bezmyślności. Zarąbałam na parę minut przed końcem, koleś kazał mi jechać na jakąś stację benzynową z nakazem skrętu. Przede mną jechał jakiś facet, który skręcił PRZED znakiem. A ja nie pomyślałam i pojechałam za nim. Ot, impuls, ale to już podpada pod niestosowanie się do znaków - i kaput. A ojciec powtarzał, żeby na innych idiotów uwagi nie zwracać.

* Na uczelni zaczyna się jazda - termin projektu na socjologię już jest, kolos z logiki był. Czas zapiernicza jak … jak… no dobra, nie mam na myśli żadnego niebanalnego porównania. W każdym razie, będę miała co robić w najbliższym okresie. Leń mnie dopadł i nie chce mi się wysuwać nosa z mieszkania na uczelnię. Ale trzeba, zmuszam się jakoś. Hell, nie mam na nic ochoty, nic mi się nie chce.

* Dochodzę do wniosku, że niezależność jest dla mnie stanem niezbędnym. Wpiszę się lub wyłamię z emowatego nurtu (bo niejasne to trochę) i stwierdzę, że mało zdolna do wyższych uczuć jestem. A w każdym razie tylko do wybranych (uczuć). Lub nie. Hm, niezła zagwozdka logiczna, szkoda że nie potrafię rozpisać tego na algorytm. Zresztą - emowatość to chyba nadwrażliwość? A czy emowate jest roztkliwianie się nad własną znieczulicą? Chyba też. Nevermind. A, już wiem. Jeśli jestem w stanie się roztkliwiać, to znaczy, że tak naprawdę jestem bardzo wrażliwa i ta bajka o braku wyższych uczuć jest - właśnie - bajką. Ale z drugiej strony, mogę takie zachowanie złożyć na karb zwykłej emocjonalnej niedojrzałości. Jak słodko i homantycznie.

* Taaaak, wkurzona dziś trochę jestem. Właściwie to od jakiegoś (krótkiego) czasu. Bo przez wcześniejszy (dłuższy) czas było mi całkiem nieźle. Pomimo posiadania pewnych cech osobowości androgynicznej - jestem cholera kobietą i mam prawo do wahań nastroju.

* Byłam na wycieczce (jeśli ktoś woli bardziej formalną nazwę - objazd naukowy) z ludźmi z mojego kierunku ( i roku). Lublin - Zamość - Guciów - Lublin. Hell ya. Nie było źle, nawet fajnie. Ot, okazja do wyluzowania. Nie zgubiłam się w Zamościu ( do tego trzeba by mieć talent - może w nowszej części nie byłoby to takie trudne, ale na starówce?). Najmilej wspominam wystawę w Arsenale - yaaaaay, ta broń. Człowiek nie wiedział gdzie patrzeć.

W Guciowie (swoisty skansen) też w sumie za ostro się nie wynudziłam. Chociaż całą radość z wycieczki przytłumiły (nazwijmy to po imieniu -przywaliły w łeb, zafundowały betonowe buciki i wrzuciły do jeziorka) przemowy oprowadzającego nas (właściciela? opiekuna?) po budynkach. Pan niestety chyba pierwszej trzeźwości nie był, no cóż, bywa. Do pewnego momentu mówił nawet ciekawie, i sporo interesujących elementów wyposażenia starego domu pokazał. Btw, siedzenie w kucki opierając się o leżący ścięty pień wcale NIE jest wygodne. Humoru nie poprawiała mi niesamowita wręcz gorycz wysłuchiwanych słów. Ów pan mówił momentami z sensem, ale ukrył to pod takim nawałem lamentów i uwielbienia dla idei powrotu do korzeni - tzn do tańców przy ognisku i zachowań pierwotnych. Naprawdę rozumiem zachwyt nad regionem - bo Roztocze JEST piękne. Rozumiem żal z powodu lekceważenia lokalnych cudów przyrody. Doceniam kolekcję minerałów i skamienielin - bardzo ciekawe. Ale kurczę, takie teksty tam czasem odchodziły… Może jestem nastawiona negatywnie z powodu lekko “podciętego” zachowania oprowadzającego, ot, to taka moja antypatia. Gryzły mnie zwierzenia o zakrapianych “zabawach” przy ognisku, o wyjazdach na zjazdy na których “i tydzień potrafił zabawić, to ostatnio żona go nie puściła”. Nie dziwię się żonie. Jestem zła i niedobra i w ogóle be, bo jadę teraz nie po jego pracy naukowej, ale po życiu osobistym. Cóż, ja wścibska nie byłam, usłyszałam to wszystko bez jakiejkolwiek zachęty. I mam święte prawo wyrobić sobie powierzchowne zdanie. Phhh. I wyjście do zwiedzających po paru głębszych uważam za olanie. Btw, córeczka właścicieli to słodki dzieciak. I może dlatego się tak rzucam, bo koleś przypomniał mi ojca w podobnym stanie - ten sam ton, sposób mówienia i gestykulacji, rozwlekły, nielogiczny, filozoficzny. Ot, człek na procentach. Nastawiło mnie to negatywnie, fakt.

Gospodarz zastrzelił mnie szczególnie wyznaniem dotyczącym tłumienia naturalnych instynktów. Chodzi o to, że gdy wybiera się o ciepłych porach roku do Lublina, to gdy widzi te wszystkie piękne, chętne, ubrane “no tak” młode kobiety, co co drugą by bez zastanowienia “pokrył”, gdyby nie ramy narzucone przez społeczeństwo. W tym momencie z całej siły starałam się spojrzeć na sytuację jako na znakomitą okazję do ćwiczenia zachowywania “kamiennej twarzy”. Sprawiał wrażenie, jakby wg niego wszyscy powinni zachowywać się pod tym względem jak ludzie pierwotni. No cóż, ja w tej sytuacji jestem z tych ograniczeń cywilizacyjnych całkiem zadowolona - jak zakładam bluzkę z dekoltem czy coś w tym stylu, to dlatego że chcę WYGLĄDAĆ, a nie że jestem “chętna”. Tylko tego mi by brakowało, niespodzianek na ulicy. Jak to w tym starym dowcipie - “czytam w twoim sercu jak w otwartej księdze” , “a czytaj sobie, czytaj, tylko nie dotykaj łapami okładki”.

W każdym razie - gdy nie zbaczał na tematy “filozoficzne”, to mówił całkiem ciekawie. A sama wystawa jest naprawdę warta polecenia. Nie miałam wcześniej pojęcia, że słomiane strzechy są aż tak wytrzymałe (i nie ma w tym ironii).

* Acha, Dragon 2008. O samym konwencie się nie wypowiem, bo rano w sobotę zawiozłam swój sprzęt do komputerówki (oczywiście po drodze zabłądziłam, no bo jakżeby inaczej) i się po krótkim czasie zmyłam, by wrócić dopiero następnego dnia wieczorem. Oczywiście na larpa. Tym razem w klimatach Triguna - planeta Gunsmoke. Ok, było bardzo fajnie. Ciekawy scenariusz, dobrze i zabawnie rozpisane role. Ludzie się wczuli, parę akcji zostanie w mojej pamięci na dłużej (”Człowiek-guma” wymiata). Przeżyć - nie przeżyłam, bo jeden gracz wysadził bar w którym toczyła się akcja larpa. Bardzo, ale to bardzo nie lubię podobnych numerów. Jest taka zabawna zasada, które nie powstała ot tak od czapy - graj i pozwól grać innym. Polecam niektórym trochę nad nią pomedytować.

* Ogólna konkluzja - ludzie to w większości banda sukinsynów. Dostałam na maila kolejny łańcuszek żerujący na czyimś prawdziwym nieszczęściu. Oczywiście razem z pełną bazą danych zawierającą adresy e-mail tych, przez których ta wiadomość się przewinęła. Nic, tylko siąść i spam rozsyłać.

* Lubię, kiedy moje otoczenie ma świadomość, że jak mówię “nie”, to znaczy “NIE”. Żadne “chyba” czy też “być może”. Zwyczajne “nie”.

* I tak, jestem wkurzona. To chyba widać. Ot, chwilowe zaburzenie dobrego nastroju. Przynajmniej pogoda jest piękna, to stanowczo na plus. Zaraz wracam trawić mój czas nad socjologią - to na minus. Mam trochę dobrej muzyki - plus. Nie potrafię niczego napisać - cholerny długi minus. Moje poczucie własnej wartości ma się nieźle - plus. Ale od czasu do czasu zdarza mu się leżeć i zdychać - minus.

Szlag, jakoś brak mi poczucia sensu w życiu. Ogółem - bilans ujemny. Tęsknię za jakimś punktem zaczepienia.

The Verve, Bitter Sweet Symphony

Czasem brakuje mi w życiu jakichś wartości. Jakiegoś punktu odniesienia. Bo nie mam tak naprawdę niczego ponad codzienność, na czym mogłoby mi zależeć.

W towarzystwie niektórych ludzi czuję się po prostu źle. I nie wiem, co z tym zrobić.

Ogółem ostatnio było  tak dobrze, tak normalnie - i jak zwykle musiała mnie łupnąć w potylicę świadomość jakaś, świadomość czegoś.

Głupie pytania jeszcze głupsze odpowiedzi. Szlag szlag szlag.

*poszła się pozbierać*

Straż NocnaDzisiaj, gdy wypatrzyłam w necie wiadomość o wydaniu kolejnego tomu z serii Świata Dysku, jak przystało na fankę, pobiegłam do Empiku, pod pretekstem zrobienia jeszcze na mieście koniecznych zakupów w drogerii. Chociaż książka została całkiem nieźle zachomikowana, niby na widoku, ale ginęła w tłumie, dorwałam, kupiłam i pobiegłam na chatę czytać. Połknęłam ją błyskawicznie. Nie, to nie jest zabawna książka. To już inny Pratchett, którego ślady widać było już w Piątym Elefancie, ale to postępuje coraz dalej. Szczerze mówiąc, pierwsze tomy Świata Dysku średnio mnie ruszają. Równoumagicznienie było nudne, tak sam jak Czarodzicielstwo, Kolor Magii nie porywał, Blask fantastyczny tak samo. Może dlatego, że z reguły szukam w książkach czegoś więcej niż dowcip, tzn. lubię się pośmiać, i poczucie humoru Pratchetta bardzo mi odpowiada, ale lubię też się zamyślić odrobinę chociaż w trakcie lektury. Pewnie dlatego przypadł mi do gustu cykl o Śmierci . I coraz to nowsze dzieła Pratchetta są wg. mnie coraz lepsze (wyjątek: Ostatni kontynent, ale ja w sumie za Rincewindem średnio przepadam). Seria o Straży, od pierwszego, średniawego tomu, rozwinęła się niesamowicie, razem z ewolucją “właściwie” głównego bohatera, Vimesa. Niektórych może drażni ta postać, spotkałam się z takimi opiniami, ale dla mnie ona jest tak świetnie nakreślona, że po prostu wychodzi z kartek książki, w trakcie lektury człowiek zaczyna myśleć jak Vimes. Mam nadzieję, że to nie tylko moje zboczenie i moja nazbyt bujna wyobraźnia. To nie jest ktoś bez skazy, ma swoje narowy i przyzwyczajenia. I na tym pewnie opiera się jego siła, banalnie mówiąc, przezwycięża trudności i jest w tym taki banalny i taki ludzki, że to musi się podobać mi, mającej z natury skłonności do banału (zresztą, co tu kryć, większość ludzi tak ma, to jest zapisane w naszej naturze, tylko nikt sie do tego nie przyznaje - nie dziwię się). Tylko ten sposób obrazowania postaci - raaaaany, jak ja bym chciała tak pisać.

Pratchett przeszedł daleką drogę od oryginalnej średnizny do banalnej rewelacji. Potrafi tak przedstawiać to, o czym człowiek w sumie wie, że przyciąga uwagę jak do czegoś nowego i odkrywczego. Chociaż, to właśnie jest odkrywcze - świadomość natury ludzkiej gdzieś w nas tkwi i wydaje się nam tak oczywista, że niewarta wspomnienia. I zapominamy o niej, pomijamy tą wiedzę, co prosto prowadzi do ogłupienia i chorej, jakże ludzkiej, hipokryzji. On jest w stanie wyciągnąć te brudy i wystawić nam je przed oczy tak, że sprawia to nam przyjemność, ale jeśli ktoś myśli - dostrzega ironię sytuacji.

“Straż Nocna” jest opowieścią heroiczną, pomimo że bohaterowie jej tak właściwie bohaterami nie są. Jak zostać bohaterem gdy chce się tego uniknąć? Jak sprawić, by później banda pismaków nie tłukła tekstów o heroizmie, by opowieści nie przekazywały legendy, głupiej i bezsensownej. Klasyczny przykład akademickiego rozdarcia pomiędzy realizmem a pragnieniem, poszukiwaniem zasad. Zasad utopijnych, tych słusznych, a nie narzucanych przez silniejszych. Frajerstwo, nie? Czy tak? Jednoczesna kpina z poświęcających się idealistów, i poświęcenie siebie samego - chociaż zawsze tli się gdzieś chęć przeżycia - ale nie kosztem innych.

Unoszę się, wiem. I co z tego? Nieczęsto można znaleźć coś tak zarazem prostego i skomplikowanego w, bądź co bądź, rozrywkowej literaturze. Może nadinterpretuję. Ale to trafia do mnie. Naprawdę trafia. Chociaż wiem, że przeczytam, potrwam chwilę w euforii i zapomnę, jak zawsze, jak każdy zapomina. Ale naprawdę dobrze, że czasem można sobie przypomnieć. O absurdalnych nadziejach, których nie można spełnić, ale trzeba się starać, by stało się to, co możliwe. O tym, że rewolucje pożerają własne dzieci, jak to wiadomo naokoło, a zawsze wielu powtarza stare błędy z historii. Ludzie nie uczą się na błędach. To bzdura. Zawsze ktoś myśli, że tym razem sytuacja jest inna, że to inaczej, że ja mam rację, że oni są źli, a to jedna cholerna bzdura. Nie ma idei dla której warto by ginąć - nie? Bo idea zwykle jest czymś wydumanym, wziętym z naszych własnych ambicji, kompleksów i pragnień. I nigdy wtedy nie patrzymy na innych. Idioci. Idioci. Idioci. Dlaczego zawsze, gdy dochodzą do głosu “szczytne” idee, wszystko kończy się źle, jak zawsze. I zaczyna się znowu źle, tak jak było. Historia zatacza swoje banalne koło. Czasem, gdy uczyłam się historii, jak to na profilu humanistycznym, dostrzegałam małe zależności, których wtedy nie zauważał nikt - dziś mamy ułatwioną sprawę i nadal nic nie widzimy. W skrócie - boże broń od fanatyków, od nienawiści. Idee powinny pozostać tam gdzie ich miejsce - w platońskim świecie idei. Wcielane w życie rzeczywiste, realne, codzienne - wcielane siłą, błyskawicznie, rewolucją - nie mają szans, stają się karykaturą. Wykrzywione naturą człowieka. Dlaczego tak mało jest tych, którzy trzymają się idei krok po kroku, stopniowo próbując zmieniać świat, nie w imię wyższego dobra ale w imię rozsądku?

Czasem… sama nie wiem.

Nie napisałam niczego odkrywczego, wiem. Tylko, to zabawne, ale właśnie o takich banałach się zapomina gdy jest wygodnie… Teraz ja piszę jak mały biedny, głupi frajer. Dla mnie mój świat tworzyły zawsze zasady, nie narzucone, ale pochodzące ode mnie. Ale wiem też, że nie wszyscy są w stanie utrzymać siebie w ryzach, swoje problemy i chore emocje. I dlatego anarchia nie ma przyszłości, nie ma sensu, bo nie zmienimy się wszyscy w bandę aniołów gdy ktoś zakrzyknie WOLNOŚĆ nie ma państwa, albo TYRAN OBALONY. Nic się nie zmieni, kochani. Nie w ten sposób.

Pesymizm. Czystej wody pesymizm, bo nie wierzę w dobro natury ludzkiej, wierzę w zwierzęta, które w ryzach trzyma światło, społeczeństwo - tylko niektóre jednostki mają na tyle silną wolę, by pilnować się samemu. Ja nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nagle załamał się ten system. Wojna atomowa czy inne cholerstwo, panika, walka o przeżycie. Nie wiem jakbym się zachowała, gdyby szło o mój byt. Martwi mnie to, bo nikt nie lubi świadomości że jest w nim coś złego co tylko czeka na chwilę nieuwagi. Nawet może nie tyle “złego”, co “nieoswojonego”, prymitywnego - a co za tym idzie - naturalnego aż do bólu. Nie wiem, czy bym dbała o więzi społeczne, wyższe uczucia, czy wszystko zajęłoby pragnienie przeżycia.

To gorzka świadomość.

Rozpisałam się, jak juz od dawna nie miałam okazji. Obawiam się, że tak zawsze będzie się kończyć, jeśli za każdym razem gdy najdzie mnie jakaś dziwna myśl, od razu siądę do klawiatury. Do tej pory szwung zawsze miał czas się ulotnić. Może to i dobrze.

A książkę naprawdę polecam. Pratchett ma niesamowity talent w uświadamianiu tego, co jest oczywiste. A tak poza tym, to dobra lektura. Zajęła mi może godzinę, z wypiekami na twarzy. I naprawdę żałuję, że tak szybko mi poszło. Język na wysokim poziomie, parę właściwie zabawnych scen - i o wiele więcej refleksji niż w poprzednich tomach. A cała fabuła miodem na serce szarego człowieka, którego życie ogranicza się do codziennej trasy szkoła-dom lub prac-dom.

Czekam na następne.

w nicość się obrócimy chociaż rozkazano nam czekać na krańcach
wypatrywać zorzy skrzącej krawędzie czasu tak długo jak stoi jesion
ten który dzieli nas na wysokich świetlistych i małych ciemnych

a kiedy cienie pokaleczą dłonie a ciernie ścielić się za nami będą
nie zetkniemy palców nie zegniemy grzbietów - bo bez aureoli
zrodzeni zostaliśmy i nikt nam mgły nie utkał w pióra - szelesty

przebij mnie na wskroś gdy dotkniemy skraju godności skraju ugoru
zanim pogarda oślepi moje oczy a obojętność zamknie usta
dopóki niosę słowo - wspieraj, gdy zdradzę - strąć niżej niż światło

niż światło tak szare pyłem z twojej szaty którego nawet nie możemy dotknąć
bo niegodni - mówisz - my których kochasz marni marnością piachu
chociaż są w nas anioły jest i cisza wierna, jest boskość ponad

ponad nami i ponad tym czym się stajemy w urywkach słabości

bo nas zbawiłeś i potępiłeś, a potępiamy i zbawiamy się sami

i wiemy, że nikt nie jest warty pamiętania - nawet my

Obijam się

luty 14, 2008

Te parę dni mi chyba nie zaszkodzi, i tak nowy semestr się zaczyna. Fartem dopiero w poniedziałek, ale siedzę w Lublinie od środy. Potem nadrabianie godzin wf-u i bieganie po wpisy.

Zasadniczo to… sporo się stało, ale jakoś nigdy nie miałam okazji usiąść z miejsca do komputera i opisać wszystkiego. A szwung się już ulotnił.

Egzaminy wszystkie pozaliczane, bez poprawek. Czyli chyba ok. Domenę dzisiaj opłaciłam (ostatni możliwy termin, oczywiście) i - odhaczone. Ale kieszeń boli, oj boli. Tym bardziej, że strzeliłam sobie dziś najnowszego Pottera. Jak na razie strona 295. To zabawne, z własnych finansów zapłaciłam do tej pory tylko za dwa pierwsze tomy, a każdy następny otrzymywałam w prezencie. Żeby było ładnie, regularnie i klamrowo - ostatni kupiłam. Chociaż, prawdę mówiąc, głównie dlatego, że nie byłam w stanie znaleźć “Lodu” Dukaja. Rany, wyprzedane już czy co? Nie przesadzajmy.

Co trochę zabawne (a trochę nie), niedawno odkryłam ( a właściwie to moja szanowna rodzicielka) mniej więcej 25 siwych włosów. Żeby było jasne - na MOJEJ głowie. Kopara mi opadła. Ludzie, ile ja mam lat? Wiem, że to sie zdarza, ot, genetyka, ale u mnie w rodzince chyba jeszcze nikt przedwcześnie nie posiwiał. Szlag, nigdy nie miałam ambicji przefarbować się na platynowy blond - mam nadzieję, że aż tak owa siwizna nie będzie się rozprzestrzeniać. Chociaż, jest też jasna strona całej sprawy - nie muszę się już obawiać, że na starość będę miała nieładny żółtawy odcień siwych włosów. Będą srebrzystobiałe (pytanie, czy dopiero na starość).

Jestem zmęczona po “całopopołudniowym” bieganiu po mieście. Aczkolwiek przez weekend też siedzieć w domu na zamierzam, tym bardziej, że przyjeżdżają ktosie, które już dawno miały do Lublina zajrzeć. I te ktosie niech tylko spróbują się nie odezwać - konsekwencje będą straszliwe(;. Dobrze, ktosie?<;

Pierniczy mi się nagrywarka dvd. I ciągle nie mam czasu ( a tak serio - ochoty) by to dokładnie sprawdzić.

Przeraża mnie plan na nowy semestr. Kurczę, nie ma zupełnie co robić. Ja lubię się obijać, ale bez przesady. Chociaż, kiedy wejdę w styczność z logiką i semiotyką jakieś komplikacje mogą się pojawić.

Napisałam nowy tekst, jak zwykle po zabójczej przerwie. Problem polega na tym, że podoba mi się (w ograniczonym stopniu) tylko pierwsza strofa. Ale lepszy rydz niż nic…

Acha, i jeśli jeszcze raz jeszcze ktoś zacznie mnie nawracać na Linuxa, to zacznę strzelać.

Nie możemy czekać, odkładać na później - niczego
bo nie ma przeznaczenia ani w nas ani poza nami
nie wolno nam pełznąć wśród pyłu - nie wolno czasu strawić
na zakazane jęki i modlitwy - co nie zbawią od złego

jeśli zerwiesz pióro gwiazdy, która na szubienicy nieba
wisi, płynie drogą mleczną, wznosi się i spada
spojrzy na ciebie - falująca rozczarowana pani - zdrada
i chociaż wzdycha to śpiewa - tak być musi, tak trzeba

jeśli nie masz w sobie dumy ostrej jak nici prządek
nie zranisz innych - ale tobie i tak przebiją gardło
jeśli masz - nie wykorzystasz, mozesz tylko pragnąć
topielcu jutrzejszego poranka - spłyniesz z prądem

bo skłoniłeś głowę i nadstawiłeś grzbiet giętki jak horyzont
przygniotło cię słońce, sparzył czerw i pozostał tylko trąd

Patetyczne to wyszło.

I czuję się stara.

Ciekawe czasy

styczeń 22, 2008

Od jakiegoś czasu elegancko zapierniczam, na razie jestem 4 noce w plecy, ale dziś będę SPAĆ. Jeszcze z jakieś 5 stron do napisania mi zostało w tym cholernym beznadziejnym stanie badań ( nie znoszę takiej absolutnie odtwórczej pisaniny). Zbieram zaliczenia, jutro trza się udać po kolejne wpisy i by wyrecytować magistrowi od angielskiego jakiś artykuł po hangielsku oczywiście.

Jestem zmęczona jak diabli, a zmęczenie narasta gdy pomyślę, że od czwartku do gry wchodzi… SESJA. Z historii filozofii nastawiłam się na poprawkę (termin jest, a co ) bo na głowie miałam te prace zaliczeniowe (jedna jeszcze jest) i wykucie stadardowego programu nauczania historii filozofii + filozofia polska (szacowna pani profesor ma hopla na tym punkcie) niestety zdało się ponad moje siły. Wkurzam się, bo pomimo, że jednak zdarzało mi się produkować na zajęciach z filozofii, mam 3+. Ten plus to kpina jawna.

Dziś odbębniłam referat-prezentację , oczywiście zżarły mnie nerwy, ale chyba nie było tragicznie, 4+. Plusy mnie przesladują, ale w tej kwestii moja wielka wina bo gapa ze mnie i zapomniałam o jednym aspekcie interpretacji. A myślałam o tym, szlag, i z głowy wypadło.

I cholera mnie zaraz weźmie, bo okno notatki w Operze się rozjeżdża, w FF w ogóle nie pokazuje, jeszcze się na explorera przerzucę i zobaczycie, koniec świata nastąpi albowiem to znak będzie ostateczny!

I tęsknię przeraźliwie a to nie moment, nie czas na takie zabawy. Powinnam się skupić na egzaminach a nie bujać w chmurach i wpierniczać niebieskie migdały.

Kupiłam sobie z avonu jogurt do ciała malinowy który pachnie truskawkami. Grau. Niby drobiazg, a w zły nastrój wprawić potrafi. Chociaz faktycznie to zła nie jestem, tylko padnięta, rozżalona, ale nie zła. Rozmarzenie mnie owija miękką różową mgiełką i tęsknię tęsknię tęsknię, ale doła czy czegokolwiek dołopodobnego nie doświadczam.

Odniosłam wrażenie że większość moich znajomych to powinna zatrudnienia poszukać w jakimkolwiek zawodzie z branży informacyjno-jakiejśtam. Z takimi predyspozycjami z miejsca robotę dostaną. I tak kochani, ci o których piszę dobrze o tym wiedzą(;

Perfumy mi się skończyły, a muszę wybulic kasę na kolejny rok domeny. Moooojaaaa kieeeeeszeeeeeń…. Ból porażający ją przeszywa. A jeszcze bardziej porażajacy przeszyje mnie, jak będę musiała sie obywać bez mojego umiłowanego zapachu.

Krótkie ogłoszenie - tak, jestem trzeźwa(; Aczkolwiek parę zarwanych nocek w połączeniu z tęsknotą tworzy mieszankę piorunująco-euforyczną. Ciekawe czasy, cholera. To wszystko chyba przyczaiło się gdzieś i czekało na dogodny moment by bandą wyskoczyć zza węgła i mi przywalić na raz. Nie wiem gdzie twarz zwrócić, za co się wziąć, nad czym popracować, o czym myśleć i czym się przejąć. Chociaż może przejmowanie się nie jest dobrym pomysłem. Anyway, jestem tak dumna że nie wiem gdzie ta duma się kończy a gdzie zaczyna nieśmiałość.

Taaaak, i kocham wszystkich:*   To tylko przez moment, więc korzystać póki czas, niecnoty

What have I become, my sweetest friend…

Wesołych - mać mać mać

grudzień 23, 2007

 Uwaga - duża doza rozczulania się nad sobą, rozżalania i jęków. Jeśli masz na to alergię - nie czytaj. czuj się ostrzeżony, Internauto. 

A było tak pięknie. Tak pięknie. I jak zwykle musiało się spieprzyć. Starałam się, naprawdę się starałam, inwestowałam w miłe słówka, wyrazy miłości, pochwały - znowu nie wyszło. Znowu było źle i nie wiem dlaczego. Znowu coś dla niej było nie tak. Nienawidzę, dosłownie nienawidzę świąt. Te bożonarodzeniowe są nawet gorsze od wielkanocnych. Parę dni przed “godziną zero” (kolacja wigilijna lub śniadanie wielkanocne) wszystko się pierniczy. Wrzask, pretensje. A jeszcze przedwczoraj tak pięknie było…

I żebym to ja wiedziała o co chodzi, czy to ja coś schrzaniłam? Ale jak, kiedy?

Choinki oczywiście nie ma. Pofrunęła przez balkon. Tylko u mnie w pokoju, taka mała, ta moja się zachowała. Niby nic, a boli. Widać jeszcze za dużo we mnie z dziecka. Ale na litość, to Boże Narodzenie. Jeśli w ten czas nie można czuć się jak dziecko, to kiedy? Nigdy.

Kiedy sobie pomyślę jak święta często wyglądają w innych domach - to mnie skręca.

Przez te dwa dni byłam taka szczęśliwa. I szlag to wszystko.

To chyba taki okres kiedy każdy zaczyna myśleć zbyt dużo nad sobą i innymi.

Acha, i jako że tego roku nie wysłałam kartek… Wesołych Świąt! (tak, to zawiera odrobinę ironii)

Poszła w cholerę.

Kradzieje cholerni

grudzień 17, 2007

Już po imprezie urodzinowej mojej współlokatorki. Całkiem nowe doświadczenie - nie można wyjść z imprezy bo odbywa się w twoim pokoju.

Wczoraj rano (a raczej w południe - przecież odespać trzeba było) klasycznie siadłam do kompa, sprawdziłam mail etc etc, no i zajrzałam na bloga - do statystyk też. Oooo, sporo osób weszło do mnie z jakiegoś forum. No to KLIK i zaglądam. Opadła mi kopara. Jakaś panienka zwana “francesca” podwędziła mi MÓJ WŁASNY WIERSZ, który zamieściłam w ostatniej notce. Ok, super, wiem, wyraz uznania bla bla bla, ale do cholery, cos tu chyba jest nie tak? Wrzuciła ten tekst jako swój, dopisując jakąś bajeczkę o tym, że “nie wie jak go zatytułować, pomózcie mi, proszę”. Nawiasem mówiąc, tytuł ostatniej notki był zarazem tytułem utworu. Co więcej, dziewczątko jest z mojej własnej uczelni, z forum UMCSu. Zapewne na mojego bloga trafiła przez mój forumowy profil. Rany, jakie to bezczelne i głupie - mamy google i statystyki - jak ta kradziejka mogła mieć nadzieję że jej się uda? Naaa… wzburzyłam się, jak widać. Połowa złego gdyby dziewczę trochę cwańsze było - ale RANY JULEK, taki idiotyzm? I jeszcze starsza ode mnie, phhhh.

Szanowna francesca została zbanowana na owym forum, dzięki porządnym adminom i modom. Za co im dziękuję. Teraz zobaczymy czy dziewczynka będzie grzeczna i skruszona - jak nie, to ja jej dopiero rozwalę reputację. Złodziejstwo trzeba tępić. I tak, jestem mściwa. Ale też wkurzona, że nie dość że ktoś próbował mnie wyrolować, to jeszcze w taki durny sposób. Oberwałam po ambicji. Co więcej, dla mnie moje wiersze mają naprawdę dużą wartość emocjonalną.

I mam huśtawki nastrojów. Tak. Wczoraj rano miałam świetny humor, wieczorem już tak beznadziejny, że szkoda gadać. Nie mam ochoty wracać na Święta do “domu”.

Coś się ze mną dzieje. Coś. Nie wiem co, tak banalnie.

Acha, i tekst dnia, który wydostał się z ust mojej współlokatorki. Z cyklu “Co można powiedzieć w chwilę po przebudzeniu”

- Jaki był czwarty paradygmat?

*oklaski, kurtyna opada*

odrastam na przekór

grudzień 11, 2007

poplątałeś mnie i moje włosy na amen
w poprzek poduszki w cieniu gipsowej ściany
zwinęłam się w skrzypiącą sprężynę - czas na zmiany
zanim zwiąże mnie i zdusi głos - ten zamęt

na brzegu dłoni za krawędzią ramienia
we mgle - oddech drzewa za szybą - dymne koła
przy mnie twój oddech - przy tobie smutna zmora
cień twój nie drga - trwa - nic się nie odmienia

jeśli byłeś tam ze mną w strumieniu szczerosrebrnym
gdzie naiwne romantyczne płuczą swoje suknie
ta na którą padnie wzrok twój - spłoszona umknie

każda głoska każdy dzwonek śmiechu każda wiolonczela
brzmiąca jękliwie we mnie tonem cichym odległym
miała swoje znaczenie - nie usłyszana - zamiera

Pochorowałam sobie, mam na głowie od groma i ciut ciut referatów, niedługo sesja - super, przez parę dni miałam genialny humor dziś poszedł robić ze sobą wiele ciekawych rzeczy, nowy ms office jest wpieniający, aczkolwiek chyba da się przyzwyczaić, właśnie skończyłam teksty na jutrzejszy język w zachowaniach społecznych, tęsknię za czymś i sama do końca nie wiem co i jak, muszę iść do biblioteki po wpis do indeksu, przydałoby się zacząć powtarzać testy na prawo jazdy w styczniu egzamin, dopadają mnie kompleksy i trzyma mnie ta cholerna jesienna depresja, kupiłam sobie o dwa tony za ciemny puder i nie wiem jakim cudem gdzie ja miałam oczy, jutro trzeba rano wstać chociaż ostatnio ciężko jak diabli, ten kaszel mnie męczy nadal, i napisałam pierwszy wiersz od dobrych trzech miesięcy

CHOLERA

No to juz rok tutaj

listopad 26, 2007

… na wordpressie. Równo. To już tak szybko…. A jeszcze poczekać do maja, i będzie 5 lat bloga Dinven. A jeśli na upartego liczyć lata od rozpoczęcie blogowania w ogóle - to 5 lat minie za niecały miesiąc. Jestem przerażona. Starzeję się.

Ach tak, i dziękuję wszystkim którzy tu zaglądali, i tym, którzy nadal zaglądają. Bo widzą jak się zmieniam. Dzięki temu wiem, że istnieję, nie jestem jakimś chorym snem chorego dziecka.

To zabawne. Normalnie nie zwracam uwagi na wiek otaczających mnie ludzi. To nie ma znaczenia. Mój brat jest ode mnie w cholerę starszy. Zazwyczaj (właściwie to prawie zawsze) traktuję nawet tych starszych jak moich “równolatków”, a czasem nawet jako młodszych(!). To chyba specyfika mojego charakteru. W każdym razie, ostatnio spotkałam osobę w moim wieku, przy której to JA czuję się jak dzieciak. Irytujące. Stanowczo irytujące.

Zastanawiam się czy jechać w najbliższy weekend do domu - czy też dopiero na święta.

Jestem chora. Mam nadzieję, że nie wyłożę się w najbliższym czasie. Nie mogę sobie na to pozwolić.

I dalej za czymś tęsknię.

A wyjątkowej piosenki na dziś nie ma. Wszystko widać na Last.fm