.slow motion suicide
Styczeń 21, 2010
Powrót do życia, w ciągu tygodnia powinnam wrzucić jakąś konkretniejszą notkę. Teraz daję tylko znać, że oddycham, funkcjonuję i ogólnie żadne sterowniki mi się nie zawiesiły.
Aktualny motyw muzyczny: back to Placebo, pierwszy nowy album po dłuugim czasie odgrzebywania staroci. “Battle for the sun”. Jest dobrze, mocno w stylu “Meds”, ale jeśli chodzi o mnie (może zabrzmi to jak herezja dla ortodoksów, ale nie kamieniować proszę. Każdy kamień odrzucę) – to jak najbardziej w porządku. Trochę psychodelicznie, melodyjnie, naćpane teksty i hipnotyczny głos wokalisty. Warto. Może brakuje jakiejś rewolucji – ale na to mają czas, zresztą, to zabawne. Człowiek nabywa nowy krążek oczywiście z nadzieją że będzie taki, jakiego oczekuje od danego zespołu, a potem ma żal że nie jest inny. Phh. Ulubione kawałki: Julien (nie przestraszyć się elektro-wstępu) i Happy you’re gone”.
Z wcześniejszych, kończących się powoli faz (ale nie fascynacji). Bardzo mało znana grupa, osobiście wyłowiłam ją przez last.fm. Tadam, oto My Brightest Diamond. Smuty, smęty, jęki i tak dalej, uprzedzam, jeśli ktoś nie przepada. Sentymentalnie, wyciszająco, w sam raz na długie jesienne, czy już teraz, zimowe wieczory. Chociaż czasem robi się odrobinę dynamiczniej, niewiasta przy mikrofonie ma taki głos, że proszę siadać – wyciąga spokojnie nawet bardzo wysokie dźwięki. Na wspomnianym chwilę temu Last.fm można dorwać dwa darmowe utwory, na tej oto stronie (chyba logowanie się kłania). Są przesympatyczne, a w resztę dorobku również warto się zanurzyć.
Miłośnikom bardziej irlandzko-celtyckich klimatów polecam Beltaine. Zespół podchwyciłam z OSTa do Wiedźmina, a właściwie z soundtracku “inspirowanego”. Do przesłuchania: “Foggy Dew” i The Sea of the Irish Dream” ( czy tylko mi pierwsze kilka dźwięków z drugiego kawałka coś przypomina?).
Na razie tyle, a jeśli ktoś przypadkiem ciekaw, to w miarę akuratny i aktualny spis słuchanych przeze mnie kawałków można złapać tutaj. W miarę – bo tylko z Winampa.
Wracając do szarej rzeczywistości – kuję do sesji. Egzaminy tylko cztery, niebiosom dzięki, ale przydałoby się utrzymać stypendium – nie ma zmiłuj, trzeba ryć. Do napisania jeszcze dwa projekty na zal i na wczoraj. Odstawione leżą chyba z 4 serie anime (jak nie więcej), ale tak szczerze to myślę, że na upartego bym znalazła czas – najzwyczajniej w świecie mi się nie chce. “Wiedźmina” też jeszcze nie skończyłam, ostatni akt usycha z tęsknoty za mną.
Temat pracy licencjackiej ustalony i zaklepany, będę pisała o mikrobloggingu (tak, tak, między innymi nasz kochany Blip. Na razie spisałam sobie ogólne zagadnienia które chciałabym poruszyć. Chyba część trzeba będzie uciąć, bo inaczej pojawi się konieczność zmiany w specjalistę od ekonomii, gospodarki, socjologii, psychologii, informatyki itd. Troszkę dużo jak na moją biedną główkę. Ale jak się wybrało dość interdyscyplinarne studia, to się ma. Na pewno będzie wesoło.
Główny problem to źródła – podbudową teoretyczną pewnie polecę z książek, ale zmiany na bieżąco muszę wyłapać sama – to, co opublikowane, starzeje się z dnia na dzień. Zasadniczo wkurza mnie wzrastająca w ostatnim czasie popularność pojęcia “social media” – pojawiło się w sieci od groma i ciut ciut tekstów o tej tematyce. Pozornie. Bo tak naprawdę większość (łagodząc – nie wszystko) to stek bzdur i maślanego masła napisany przez “speców” od marketingu (odkryłam Amerykę, wiem).
Kaman, rozumiem, nowe czasy, nowe możliwości, chwytliwe hasełko, ale na miłość boską czy czyjąś inną – ludzie nie są głupi, łatwo się skapnąć kiedy jeden spisuje (sorry, kultura Internetu, “spisuje” to już nie to słowo. KOPIUJE) od drugiego, czasem z łaski tłumacząc parę angielskich słów (albo odwrotnie – to nawet częstsze. Pojęcia polskojęzyczne z działu nowych mediów są passe).
Siedzę, czytam, czytam, czytam i mózg mi paruje, bynajmniej nie z przegrzania, ale z zamulenia. W kółko to samo. Żeby było jasne – nie tylko w polskim grajdołku Sieci.
Zabawne – główna krytyka skierowana w kierunku filozofii i nauki gardłuje, że za często jest ona (nauka, nie krytyka) zbyt oderwana od rzeczywistości, nierealna, niezrozumiała, niepraktyczna… A ostatnio, to masa “praktyków” opisując nowe realia na sposób “praktyczny” tworzy zapętlony bełkot. Zamiana miejsc?
Spróbuję ten cały (no dobra, może nie cały, przystopujmy, to tylko licencjat) stos siana (wiecie, takie kruche, puste w środku słomki – adnotacja dla wychowanych w mieście) przebrać, przyprasować i poukładać. Wyżyję się w moim pedantyzmie pisząc – pokój będę miała przez następne pół roku tak zasyfiony, że ho ho.
Żartuję. Raczej.
.
Listopad 10, 2009
Najgorsze chyba jest to, że tak naprawdę
na niczym mi nie zależy.
na przestrzeniach
Wrzesień 17, 2009
szukam kotwicy w tej krainie ostrych szelestów
wypatruję skrzywionych cieni i czarnych świateł
w każdej nowej prawdzie – na przekór tym starymza światem nie ma nocy, jest lśnienie ulic próżni
zwiniętych węży o spękanej asfaltem skórze
żaden wiatr nie wieje na przestrzał, agonia powietrzaopowiem ci o szarości, o ciszy znękanej szumem
o wielokrotnych odbiciach złamanego nieba
o pustce, czułej metalicznym dotykiem kajdanopowiem ci o wierze – o słowie zimnym jak granit
własną baśń spod znaku potwora zza zasłony
o pasji lotu, która dumnie zniosła zdeptaniepoczuj chrzęst, usłysz wstrząs ziemi, gdy opada
kreśląc kręgi nieskończoności z każdym moim krokiem
jest wyrzutem. jestem wyrzutem mojego własnego sumieniasłuchasz mnie. pójdziesz za mną tą ścieżką – skrajem umysłu
zamkniesz oczy. zamknij oczy. zobacz lasy zesztywniałych ciał
zobacz migoczące pola, ty – wszyty srebrną nicią w miasta żywychoślepniesz splątany blaskami przeklętych pól niebieskich
gdy zamilknę wreszcie. zostaniesz w mroku, jak ja bezsilny
wpatrzony ślepo w oczy boga, który już nas nie poznaje
.i była zgroza nagłych cisz
Maj 10, 2009
Mam bloga (blogi raczej, ale jeden aktywny więc tylko on się liczy), konta w nk, myspace, facebooku, netlogu, gronie i od cholery innych, których i tak nie używam a znajomych nie kolekcjonuję (to nie znaczki ani puszki po piwie), swojego blipa, twittera też od dobrej połowy roku, tylko że wynikły ostatnio pewne problemy natury technicznej i zaczynam się irytować (oj, BARDZO irytować), soup.io – takie małe niewiadomo co i po co, deviantart od wieków i nie na amen, last.fm – o, to jeszcze całkiem pożyteczne jest, ale już blip.fm o kant tyłka można sobie potłuc. Reszty nie pamiętam i nie mam ochoty sobie przypominać, bo nie widzę powodu.
I nic z tego nie wynika. Nie mam już zbytniej ochoty bazgrolić co tam u mnie, uploadować fotek, linkować do ciekawostek. Mój sposób korzystania z sieci jest strasznie płytki, i przeszkadza mi to, przeszkadza jak cholera. Generuję tylko szum informacyjny, nawet jeśli sama nie dotrzegam w tym sensu. Przez jakieś 3 tygodnia w okolicach świąt mój komputer był w serwisie – siłą rzeczy miałam mocno ograniczony dostęp do Sieci. Nie płakałam szczególnie. Pierwsze 2-3 dni nosiła mnie głównie obawa o komputer, co padło, co się stało, czy to nieodwracalne, co z danymi na dysku (nawiasem mówiąc nawaliła płyta główna, w serwisie wymienili, pogłaskali komputerek po klapie i odesłali). A Internet? 15-30 minut dziennie od biedy wystarczyło.
Nuży mnie ten cały bełkot o Web2.0 i 3.0 od czasu, gdy pisałam o tym stan badań. Pół roku temu poprawiłam pracą na zaliczenie, i jeeeezzzuuuu, nie dotknę się już do tego w przeciągu przynajmniej kilku najbliższych lat. Jak najszybciej muszę wykombinować temat na kolejną pracę, a później – jeszcze na licencjacką. Nie mam pojęcia. Zielonego. Za pasem sesja, egzaminów wystarczająca ilość aby nabawić się bólu głowy. Szukam jakiejś w miarę ciekawej oferty praktyk, znalazłam jedną do której się zapaliłam, a tu siupryza – trzeba byc przynajmniej na 3 roku. Acha. Fajnie.
Ogółem wszystko jest w porządku.
Czuję się bardzo zmęczona.
[tak na bezczela: Klik klik
koniec z dinven.pl
Luty 13, 2009
…przynajmniej na jakiś czas.
Tzn nie koniec bloga, chociaż i tak ledwo zipie. Domena, proszę państwa, domena. Nie miała baba problemu poszła sobie do lekarza. A lekarz jej przypieprzył lekami na astronomiczną, jak dla studentki o ograniczonych finansach, sumę. I tak się składa, że jutro mija termin opłacenia domeny za następny rok, na którą to opłatę nie mogę sobie aktualnie pozwolić. Może za trzy miesiące, po ukończeniu kuracji, jak mi wcześniej nie podkupią.
Przez jakiś czas powinna działać domena dinven.eu , nie pamiętam kiedy ją kupiłam. Anyway, w przypadku linków czy czego tam, proszę o zastosowanie dinven.wordpress.com
Jeśli ktoś ma pracę w Lublinie dla niepotrafiącej nic robić studentki kulturoznawstwa (studia dzienne) – chętnie zapoznam się z ofertą. (Ale kreatywna jestem, o! A to chyba słowo klucz)
Jak się już coś pierniczy, to wszystko na raz. Ech.
CHOLERA NO.
Mai Yamane - Don’t Bother None
uciec ukryć się
Styczeń 24, 2009
za oknem jasno jest noc
za zasłoną siedzi szatan kiwa na mnie palcem
ma gładką twarz drewnianą jak jezus boleściwyza oknem szaro jest wiosnazimalatojesień
w nieregularnych przebłyskach
jest koronka zielonych zeschłych liści
drgasz drgasz widzę cię w wilgotnym powietrzu
wisisz na krawędzi dachówek
tłuczesz piórami przestrzeń pada śniegza czerwoną zasłoną siedzi szatan
rozciera skostniałe dłonie dziwny dźwięk takie szszsz
jego wzrok odbija się od szyby
skaczą iskryza oknem puchnie warstwa puchu miękko i ciepło
falujesz lina skrzypi
skrzypi wiatr skrzypią drzewa skrzypię ja
też na skraju podobna tobie
obejmę cię wisisz tak blisko
będę miła pocieszę…
szatanie szatanie co siedzisz na drodze
wtop się w podłogę, powstałam, odchodzęszatanie drewniany tak dobry mój miły
nie twoje są dłonie co mnie odmieniłynie twój jest zapach ciepłej zorzy poranka
nie twoje włosy włos skręcony barankato on, skrzydlaty co pióra na wietrze trwoni
pobiegnę boso po śniegu kto z was mnie dogoni?…
nocy tak jasna jak przestrzeń nade mną
dlaczego gdzie pójdę zamierasz-ciemno, jak ciemno
Sesja. Cóż dodać więcej
Styczeń 24, 2009
Mr. Big – Take Cover
Nie wiem, może to tylko ja, ale czy miewasz czasem wrażenie, że napisałeś już wszystko, co mogłeś napisać, wymysliłeś i stworzyłeś coś w takiej ilości, że zatrzymałeś się na swojej własnej granicy, na nic wiecej cię nie stać. Kiedy starasz się, przez głowę przelatują ci tylko strzępki starych pomysłów. Takie ogniste, złośliwie chichoczące czaszki z kreskówek, przelatujące nad głową. Co przed tobą, czy przyszłość będzie się w czymkolwiek różnić od teraźniejszości, to czy nastąpi jest w tej kwestii mniejszym problemem.
Znowu brak słońca, jest szaro, boli mnie głowa, mam nadzieję że to nie grypa, której epidemią juz straszą na wszelkich portalach “informacyjnych”. Zrobiła się ze mnie gorsza jęczydusza niż zazwyczaj.
Zaliczenia w sumie za mną, jeszcze tylko informatyka dorwę i wpis z historii literatury mi potrzebny. W poniedziałek egzamin, nie przeczytałam jeszcze wystarczającej ilości książek. Siedzę i czytam i piszę i zaraz kręćka dostanę. Z imprezy zrezygnowałam, bo jak wstanę od tego wszystkiego, to już nie wezmę się znowu. Zresztą, nie mam czasu.
Dorwałam kilka płyt Mr. Big i słucham ich w kółko. Dobra muzyka. Bardzo dobra. Zaczynam wracać do rocka. Wzięło mnie jakoś po obejrzeniu anime Beck, nieraz słuchałam muzyki tego typu, ale oddaliłam się od niej ostatnio na rzecz przeróżnych eksperymentów. Powrót. Kawałek, który męczę w tym momencie to Take Cover. Akurat to wideo jest beznadziejnej jakości, ale i tak warto posłuchać. Wokalista to facet, zaznaczam, oglądając teledysk mozna się pomylić. Niektórzy pewnie kojarzą, Shine robi za ending do anime Hellsing. A nagranie, przez które zaczęłam szczerze żałować, że zespół się rozpadł i nie będę miała możliwości posłuchać ich na żywo znajduje się tutaj. Pooooleeecam. Acha, i zakochałam się w głosie z samego poczatku utworu A Little To Loose. Mrr, to właśnie lubią tygryski.
Router się pierniczy. Zasilacz się spalił, wymienili nam w sklepie. Ale sam router też zaczął robić jazdy, co jakiś czas trzeba go restartować bo odcina net. Poblokował też porty, złośliwiec jeden. Jeszcze miesiąc gwarancji, za parę dni skoczę do sklepu i ładnie poproszę o zrobienie czegoś z tym.
i tyle.
.armagedon za pasem cz.2
Grudzień 19, 2008
No dobra, druga część jest, bo w pierwszej się dość mocno rozpisałam, a żeby nie przedłużać, podzieliłam. Ale trzeciej może nie być. Chyba.
Dotarłam w końcu do domu, rodzicielka krąży po pokojach jak tygrys. Zamówiła komplet wypoczynkowy, i od tygodnia go przywożą. Za pierwszy razem – o obiciu w innym kolorze. Przeprosiny, pomyłka, załadowali spowrotem i pojechali. Drugi raz – to samo. W kulki sobie lecą? Nie mają w magazynie tamtego koloru i próbują wcisnąć ten? Następnym razem po prostu nie przyjechali. Szanowna matula wkurza się bardzo łatwo (i mocno, mnie za to naprawdę wpienić jest ciężko, ale intensywnością potrafię straszyć jeszcze bardziej). Na czwarty raz umówiła się z nimi na czwartek przed 12.00. Przed, bo później jechałyśmy na potężne zakupy do centrum. 11.00, 11.30 , 12.00 … Dzwoni kobieta z firmy i pyta, kiedy matka będzie w domu. No ja pier… Mateczka podziękowała i rzuciła słuchawką. Oczywiście trzeba było się po tym na kimś wyładować, zgadnijcie na kim?
Na domiar złego, dostałam wtedy wiadomość na gg od sołtysowej roku – nasza ukochana pani profesor w końcu sprecyzowała prace na zaliczenie. Dwie. Wcześniej wiedzieliśmy o jednej. Druga ma zostać napisana z 25 pisarzy i 25 książek (biografia, analiza i pytanie o odniesienie do współczesności). I teraz dowcip. Termin – 6 stycznia. Zgon. To nie jest jedyna rzecz, którą mam do roboty w związku z końcem semestru, a będąc w Siedlcach, jestem siłą rzeczy odcięta od biblioteki UMCS-u. Hej, mamy święta. Czyli sprzątanie, zakupy, przygotowanie Wigilii, ogólna nerwówka rodzinna. I 25 PISARZY I 25 KSIĄŻEK DO OPRACOWANIA. I reszta projektów. I nauka do egzaminów i zaliczeń. Do 6 stycznia. Chyba trzeba będzie pocwaniakować, bo inaczej tego przedmiotu nie ugryzę. Depresja.
Meble przyjechały wieczorem, tym razem te, które się kupiło. Jak rodzicielka wcześniej szaty darła, że stara kanapa jest stara i niewygodna, teraz jej nie pasuje nowa kanapa i fotele. Bo inne. Bo nowe. Bo kanapa twarda (wyrobi się przecież z czasem, ne?), bo fotele za wiele miejsca zajmują (trzeba było myśleć wybierając, ja się pytałam, gdzie zamierza te fotele wstawić), bo poręcze drewniane (jak wyżej, uprzedzałam, że średnio wygodne będą), bo nie wiadomo jak rozstawić (jak wyżej). Pokrótce mówiąc, zła jak osa. I demonstruje tą złość, oj demonstruje.
Naprawdę nie rozumiem, jak można się tak wszystkim przejmować. To szukanie czegokolwiek, do czego możnaby się uczepić. Szkodliwe i dla danej osoby, i dla jej otoczenia. Ale niektórym nie dogodzisz.
Btw, firma od tych mebli to ABRA (wiem, wredna jestem, ale tego podwójnej błędnej dostawy i olewania klienta nie daruję. Odniosłam wrażenie, jakby komplet z jasnym obiciem im zalegał w magazynie i chcieli go po prostu komuś wcisnąć, zamiast męczyć się ze ściąganiem ciemnego z innego miejsca. W myśl zasady, lepszy wróbel w garści niż skrzypek na dachu (czy jakoś tak to szł0).
Informacja pogodowa – od paru dni mgła jak w Silent Hill, zimno jak w którymś kręgu piekielnym (był chyba taki?), a dziś zaczął padać śnieg. Wrażeń olifaktorycznych dostarczają niezjedzone kanapki z szynką, przygotowywane przez matkę dla brata do pracy, i które ten cwaniak zabunkrował w najniższej szufladzie biurka. Echhh, i to są te same geny? Jeszcze dzień i matula trafi do nich na węch (a ten ma wręcz zjawiskowy). Będę miła i mu to uświadomię jak wróci.
Wracam do pisania biografii. Wesołych świąt (tak zawczasu).
.armagedon za pasem cz.1
Grudzień 19, 2008
Od razu zaznaczam, że nie wiadomo czy nastąpi część druga (lub trzecia). Ale w przypadku apokalips wszelkiego rodzaju to raczej normalne.
I aby dać upust narastającej we mnie ostatnio frustracji, muszę zakląć. Publicznie. Jednakże starając się nie urazić co wrażliwszych czytelników uczynię to sposobem (grunt to sposób, ne?)
KUUURRRWAAAAAAA!!!
Dziękuję za uwagę, już mi lepiej. Teraz konkrety.
Tytuł notki oczywiście jest klasyczną hiperbolizacją. Ot, miałam cięzki tydzień, a następne dwa zapowiadają się nie lepiej. Suma małych wkurzających drobiazgów + masa roboty na zaliczenia.
W dzień mojego wyjazdu z Lublina spierniczył nam się na amen piecyk gazowy ogrzewający wodę. Kaprysił właściwie od początku, ale przymykałyśmy na to oko. No ale. Wiecie jak fajnie jest brać prysznic i myć włosy w lodowatej wodzie? Na obozie żeglarskim można to ścierpieć – w centrum miasta w śrosku (prawie) zimy – NIE. Telefon do właścicielki. Jej pierwsze słowa: To może trzeba było bardziej oszczędzać? No cholera, witki opadają. Co oszczędzać? Wodę? Bardzo chętnie, gdyby piecyk dobrze działał nie musiałybyśmy lać hektolitrów zimnej wody zanim palnik zaskoczy. Gaz? No przecież on sam się tym sposobem oszczędzał. Zresztą, i tak my płacimy wszystkie rachunki. Piecyk? To po diabła on tam wisi, dla ozdoby? Wstążeczką może go przewiązać mamy, kokardką przystroić? A tak w ogóle to co ma piernik do wiatraka? Pogadała, pogadała, spec ma w poniedziałek przyjść, i niech się kobieta modli aby wszystko było ok, jak powracamy po świętach na stancję.
Btw, to był Dzień bez przekleństw. Ha ha. M. rano pod prysznicem, bluznęła ładnie, a ja nadrobiłam wieczorem tego samego dnia.
Właśnie, wieczorem. Po 3 h jazdy pksem mój mózg zaczął przejawiać pewne więzi rodzinne z owsianką. Facet zatrzymał się na zwykłym przystanku autobusowym, wyskoczyłam, otwieram bagażnik, coś pusto, moja walizka leży na swoim miejscu, innych nie widać, zresztą, ciemno. Chwytam ją, zamykam klapę i biegnę do samochodu ojca. W momencie ładowania walizy do samochodu krótki rzut okiem i strzał adrenaliny. TO NIE MOJA! Identyczna prawie, różniła się tylko dwoma ciemnozielonymi paskami. Ojciec się na mnie z przerażeniem patrzy, a ja puszczam piękną wiązankę, przez głowę przelatuje mi spis przedmiotów w moim bagażu. Ładowarka od telefonu, zasilacz od laptopa, ksiązki na zaliczenie, notatki, ciuchy, kosmetyki… A drugiego bagażu w momencie wyjmowania nie zauważyłam, bagażnik był pusty. Zarąbał ktoś wcześniej?Zarzuciło mną, biegiem spowrotem na pksy, złapać kierowcę. Odjechał mi sprzed nosa. Obrót w miejscu, sprint do poczekalni, gdzie regulamin, jest! Numer telefonu do dyspozytorni, odbiera jakiś facet i on nic nie wie, nie pomoże, bo autobus z Sokołowa Podlaskiego był. Proszę o numer, on, że nie ma (no cholera!) proszę, żeby znalazł, przecież jedna firma do diabła, po coś koleś tam pracuje, znalazł się numer w tempie błyskawicznym. Dziekuję, dzwonię do Sokołowa. Numer niepoprawny. A wpisałam na pewno dobrze. Kolejna wiązanka, ludzie w poczekalni wbijali we mnie gały. Telefon do M., proszę o znalezienie numeru w necie. Ojciec mnie zgarnia i jedziemy do Sokołowa (jak dobrze, że dojeżdzając do domu zadzwoniłam po niego, by mnie podwiózł, bo teraz bym chyba na piechotę drałowała). Po drodze zajrzałam do walizki, na wierzchu notes, jest imię i nazwisko na jakimś kwicie, ale telefonu niet. Ale adres! jest adres! Sokołów Podlaski! Czyli dziewczyna się nie pomyliła wcześniej, tylko jeszcze siedzi w pksie, a ja zakosiłam jej bagaż. Pytanie, co z moim?
Dostaję sms od M. , jest numer. Dzwonię. Tu z kolei facet miły, skłonny do pomocy, podał info do kierowcy przez te ich radio. Już jestem spokojniejsza. Dojeżdzamy, biegnę na tamtejszy dworzec, tam czeka na mnie kierowca z tą dziewczyną. Oddałam jej walizkę przepraszając. A oto co się okazało – w trakcie jazdy moja walizka poleciała gdzieś na sam bok, w kąt bagażnika. Ten był nieoświetlony. Waliza dziewczyny za to przesunęła się dokładnie na to miejsce, gdzie ja położyłam wcześniej swoją. Jaka ulga… Ale po tym kopie adrenaliny nosiło mnie jeszcze do północy.
Ta sympatyczna przygoda dość mocno nadwątliła moje zauwanie do pksów. Prawda, teraz to ja byłam tą sierotą, która nie poznaje własnej walizki. Ale zaraz zaraz, tak naprawdę, kto broni komukolwiek wysiadającemu pomiędzy pierwszym dworcem a tym docelowym, zakosić czyjś bagaż? Oprócz wrodzonej uczciwości, oczywiście. Nikt i nic. Bilety nie są imienne, potem szukaj wiatru w polu. Nie wiem, jak często takie kradzieże się zdarzają, mi się jeszcze nic podobnego wcześniej nie przytrafiło. Może więc z tą polską uczciwością nie jest tak źle? Ale wątpliwości pozostają, że tak banalnie podsumuję.
.jesienna depresja
Listopad 17, 2008
Przy takiej pogodzie przypominam sobie że nie jestem już nastolatką, studiuję na absolutnie niepraktycznym kierunku, jestem paskudnie leniwa, złośliwa i coraz bardziej siwieję.
Nic, tylko siąść w jakimś mrocznym kąciku, odpalić bardzo emo-cjonalną muzyczkę i pobawić się zdezynfekowaną żyletką (zakażeniom krwi mówimy stanowcze nie).
Sensu, sensu! Słońca, słońca!